Zawód

Zawód "KONFERANSJER"

Zawód "KONFERANSJER"

Rynek konferansjerów w Polsce to przede wszystkim trzy kategorie zawodów: aktorzy, dziennikarze, celebryci. I jest tak nie bez powodu bo mowa przecież o formie ‘kapitalizacji wizerunku’ czyli przeniesienia ‘sławy’ lub ‘rozpoznawalności’ na płaszczyznę korzyści materialnych, na peryferiach zawodu wykonywanego na co dzień. Czy jest coś o czym powinni wiedzieć "Zleceniodawcy"?
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 16 minut
{[description]}

Zawód „Konferansjer”

W największym uproszczeniu, to taki ktoś, kto stoi na scenie i mówi do widowni. W nieco mniejszym uproszczeniu, ten sam ktoś, nim stanął na scenie, przebył długą drogę, na której – o ile nie przyszedł na świat z niedorzecznym repertuarem talentów i predyspozycji (jak to się wielu z pewnością jawi) – musiał się po drodze zmierzyć (w sposób świadomy i konsekwentny!) z dużą ilością własnych „słabości”. Najczęściej są to te same słabości, których odruchowo unikamy, kierowani instynktem samozachowawczym lub obawą przed ośmieszeniem, zatem wszelkie źródła stresu tożsamego z wystąpieniami publicznymi i sytuacjami, które mogą być bardzo „niewygodne” w odczuciu, przyspieszać oddech, zginać kolana, wywoływać zimny pot na plecach, w skrajnych przypadkach paniczny lęk – innymi słowy, wszelkie możliwe scenariusze, w których bardziej lub mniej mimowolnie czujemy się zmuszeni do tego by mówić coś przed kamerą, widownią lub do mikrofonu (syndrom czerwonego światełka).

Prawie każdy ma w pamięci wspomnienie co najmniej jednego tego rodzaju doświadczenia związanego z takim czy innym "wystąpieniem", utrwalone na tyle mocno w świadomości, że do dziś (często po wielu latach) byłby w stanie odtworzyć każdy szczegół, pojedyncze emocje, detale otoczenia a nawet miny poszczególnych osób zasiadających na widowni. Coś jak pierwsza randka w szkole podstawowej. Na pocieszenie, może warto od razu dodać, że być może tylko ludzie naprawdę zakochani w sobie lub wychowani w duchu bezkrytycznej wiary w siebie nie mają tego rodzaju zahamowań.

Anglik powiedziałby „a window of opportunity”

Dla mnie takim wspomnieniem jest pierwszy anglojęzyczny teatr, w który zupełnym przypadkiem zostałem zaangażowany w zamierzchłych czasach liceum. Byłem wtedy niemal kompletnie pozbawionym wiary w siebie, zakompleksionym nastolatkiem, z małego miasta, który nagle znalazł się w eksperymentalnej klasie, z wykładowym angielskim, w szkole, w której niemal na każdej ścianie wisiały portrety królów, przywódców, pisarzy, poetów, filozofów, matematyków, naukowców - absolwentów "Nowodworka" na przestrzeni ostatnich 400 lat.

W trakcie tzw. lekcji wychowawczej dowiedzieliśmy się, że szkoła organizuje międzynarodowe forum, w którym wezmą udział licea z całej Europy. Ktoś wpadł na pomysł, że na tak doniosłą okazję powinien powstać program artystyczny. Oprócz oprawy muzycznej – jak przystało na tzw. polski Eton, był to fortepian i wiolonczela – padł pomysł wystawienia anglojęzycznej sztuki teatralnej, autorstwa Clare Kummer, której, na marginesie, nikt z nas nie znał (https://archive.org/details/robberycomedyino00kummiala). Tak czy inaczej, nim mieliśmy szansę przeczytać choć raz tekst, nauczycielka z właściwym sobie autorytarnym wdziękiem przypisała osoby do ról (czemu w odruchu skrajnego masochizmu, delikatnie wówczas pomogłem, sygnalizując chęć zaangażowania w temat) i tak – jako, że nikt się szczególnie nie kwapił, przeczuwając konsekwencje – trafiła mi się główna rola, z zupełnie dla mnie wówczas abstrakcyjną ilością tekstu do zapamiętania. Fakt, że nie miałem najmniejszego „aktorskiego” doświadczenia zdawał się nikomu nie przeszkadzać. Do występu było stosunkowo mało czasu więc ćwiczyliśmy przy każdej możliwej okazji. Tuż przed, udaliśmy się do zaprzyjaźnionej wypożyczalni, by dobrać stroje z epoki: frak, cylinder, laskę, suknie, welony, akcesoria, m.in. wielki, stary gramofon i małą, secesyjną sofę.

Niewiele wspomnień zachowałem w pamięci tak wyraźnie jak jeden bardzo konkretny moment – ta chwila gdy jako przerażony nastolatek z prowincji stałem za zasłoniętym oknem, będącym częścią scenografii, w oczekiwaniu na nieuniknione – wejście na scenę. Powiedzieć, że słyszałem i czułem wtedy bicie własnego serca, niczym rytm afrykańskich bębnów, byłoby niedopowiedzeniem. Świadomość, że za chwilę stanę przed dyrekcją, tymi wszystkimi profesorami i ponad 100-osobową grupą młodzieży z całej Europy była całkowicie paraliżująca. W dodatku wydarzenie miało być swoistą wizytówką możliwości szkoły, co przecież w ogóle nie zwiększało mojego i tak już absurdalnego poczucia presji. Świadomość, że mniej więcej w środku sztuki, (czyli na etapie gdy zakładałem, że przynajmniej pięć razy zapomniałem już tekstu), mam przed całą szkołą zatańczyć walca angielskiego (w szlafroku) była poza granicami percepcji 15-latka więc pomińmy wymownym milczeniem ogólną jowialność, którą wraz z teatralną partnerką wywołaliśmy tego wieczoru w słynnej nodowdorskiej auli. Na szczęście niemożliwe stało się możliwe i wszystko poszło zgodnie z planem. Prawie wszystko. W jednej ze scen, w której jeden z bohaterów sztuki miał za zadanie rozsypać w ciemnościach srebrne sztućce, robiąc to w taki sposób, abym w pewnym momencie zauważył przed sobą, na oczach widowni, małą srebrną łyżeczkę. Na próbach, nigdy nie wyłączaliśmy światła więc – ku zaskoczeniu wspomnianego kolegi, mającego odegrać tę jakże wymagającą rolę w nienagannym stroju lokaja (na marginesie, dziś poważnego warszawskiego specjalisty od prawa podatkowego) – gdy w trakcie występu światło faktycznie zgasło, nie był w stanie w krótkim czasie rozpoznać co dokładnie rozsypał a co udało mu się pozbierać. Dość powiedzieć, że gdy zobaczyłem na podłodze wielki srebrny widelec [mając na ustach spory fragment poświęcony łyżeczce], uśmiechnąłem się do siebie…a cały stres ustąpił jak ręką odjął.

Z perspektywy czasu, ta pierwsza, pozornie banalna konfrontacja z samym sobą, własnymi kompleksami i lękami była jednym z najważniejszych doświadczeń (jeśli nie najważniejszym)  tego okresu. W pośredni sposób wpłynęła ona na cały szereg późniejszych decyzji i wyborów.

Kim są konferansjerzy?

Istnieje wiele stereotypów wokół zawodu konferansjera. Rynek konferansjerów to dość niezwykła bestia. Tłumacząc jego prawidła, może wygodniej byłoby posłużyć się chętnie nadużywanym wytłumaczeniem pt. „jesteśmy wciąż bardzo młodą gospodarką wolnorynkową”, jednak tak byłoby zbyt prosto. Wypełniają go przedstawiciele najrozmaitszych podgatunków homo sapiens wywodzących się z rozmaitych branż. W powszechnym mniemaniu zwykło się jednak uważać, że do najważniejszych cech konferansjera należą:

  1. wygląd, najlepiej tzw. reprezentacyjny (co w praktyce oznacza mniej więcej ten sam zbiór cech co w przypadku prezentera telewizyjnego, może za wyjątkiem wzrostu, którego szczególnych uwarunkowań konferansjer pracujący na scenie nie ukryje za studyjnym stołem lub przy zastosowaniu rozmaitych technicznych sztuczek związanych ze sposobem rejestrowania obrazu i budowania kadru)
  2. głos (barwa, intonacja, tempo…a nawet charyzma, dla której głos jest niewątpliwie szalenie istotnym „nośnikiem”)
  3. elokwencja (rozumiana również jako zdolność improwizowania i sklecania zdań, które zachowują ze sobą gramatyczny, stylistyczny i logiczny związek, zwłaszcza w sytuacjach trudnych do przewidzenia. Warto nie mylić ze „zdolnościami” przypisywanymi statystycznemu politykowi)

 

Talent czy praca?

Fach konferansjerski zdominowany jest przez trzy kategorie zawodów: aktorzy, dziennikarze, celebryci (o ile we wszystkich przypadkach można mówić o zawodzie). I jest tak nie bez powodu bo mowa o formie ‘kapitalizacji wizerunku’ czyli przeniesienia ‘sławy’ lub tylko ‘rozpoznawalności’ na płaszczyznę materialnych korzyści, na peryferiach zawodu wykonywanego na co dzień. Innymi słowy, dla przedstawicieli wspomnianych zawodów konferansjerka to przede wszystkim tzw. fucha lub „job” [czyt. dżob].

O wszystkim tak naprawdę decyduje rynek, który sygnalizuje konkretne zapotrzebowanie. I tak, na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat, w każdym większym mieście w Polsce zaroiło się od różnego rodzaju agencji i serwisów internetowych pośredniczących w świadczeniu usług konferansjerskich. Niemal w każdym z nich można napotkać te same, powszechnie znane twarze. Z uwagi na pewien prestiż wykonywanego zawodu i ryzyko tożsame z przyjmowaniem dużej ilości „zewnętrznych zleceń”, we wszystkich trzech kręgach, tzw. konferansjerka jest często postrzegana bardziej w kategoriach „zła koniecznego” niż zamiłowania do niewątpliwych uroków i zalet tego konkretnego fachu, który w Polsce po 1989 r., dla być może większości osób wykonujących ów zawód, jest bardziej dziełem przypadku niż wynikiem kierunkowego procesu kształcenia, wyniesionego z takiej czy innej instytucji.

Jest jeszcze jedna kategoria konferansjerów. To ci, którzy budują swój warsztat i doświadczenia niejako „oddolnie”, bardziej lub mniej świadomie zmierzając w stronę takiej czy innej specjalizacji. W tej kategorii można odnaleźć prawdopodobnie najwięcej pasjonatów tego zajęcia. Zwykle zaczynają bardzo wcześnie, recytując wiersze, prowadząc szkolne wydarzenia (niegdyś apele), w innych przypadkach, droga ich kariery rozpoczyna się od wygłaszania promocyjnych sloganów w centrach handlowych, prowadzenia wszelkiej maści konkursów, miejskich i wiejskich festynów, festiwali, jubileuszów, wesel, odczytów poezji, małych epizodów kabaretowych lub teatralnych, itp. itd. Nie bez powodu jednak granice między tymi kategoriami w zasadzie pozostają niezatarte od lat a środowiska te niezwykle rzadko się przenikają. I tak, ktoś kto regularnie prowadzi wesela, konkursy i festyny najczęściej określany jest mianem „wodzireja” a ktoś kto prowadzi konferencje, kongresy, festiwale, koncerty, zwykle mieści się w definicji konferansjera.

"Moda na sukces" vs. "Zastaw się a postaw się" 

Organizując wydarzenia, które mają strategiczne znaczenie (np. świąteczne, wyjazdowe spotkania z najważniejszymi klientami firmy, znaczące jubileusze, na które zaprasza się polityków, prezydentów miast, rektorów uczelni, branżowe konferencje związane z dużymi, unijnymi projektami) zwykle pierwszym odruchem firmy/ jest, no właśnie, „pokazać się”. Tradycja to w Polsce prastara [„zastaw się a postaw się”] i mająca tak dalece zawikłane społeczno-systemowe korzenie, że autor niniejszego wpisu nie ma najmniejszego zamiaru doktoryzować się z ich genezy. Dość powiedzieć, że w przypadku firm, zjawisko to w praktyce oznacza, że przy tak doniosłych okazjach, jeden lub drugi dyrektor, któremu bardziej lub mniej przypadkowo przypadła rola organizacji wspomnianego wydarzenia, w pierwszej kolejności skieruje swoją uwagę w stronę tzw. rozpoznawalnych twarzy, najczęściej prezenterów telewizyjnych. W Polsce, swoistą fontanną, z której jak grzyby po deszczu wypływają późniejsi konferansjerzy są redaktorzy prowadzący programy w pasmach telewizji śniadaniowej. Analogicznie, w ramach oprawy artystycznej, muszą to być koniecznie zespoły z (najczęściej pierwszych pozycji) muzycznych list przebojów. Rynek ten rozrósł się w ostatnich latach na tyle, że od jakiegoś czasu jego zasoby systematycznie uzupełnia nowe pokolenie „ludzi estrady”, wywodzące się z rozmaitych „talent show” czyli programów pokroju X-Factor, Mam Talent, Must be the Music, Voice of Poland, You Can Dance, które w ciągu ostatniej dekady agresywnie walczą o uwagę widza.

Po tym jak młode pokolenie Polaków, wyzwolone z ograniczeń minionego systemu i systematycznie karmione tzw. kulturą masową, z wyraźnie amerykańskim rodowodem, zobaczyło, że po wyjściu z pierwszego emitowanego w Polsce reality show [Big Brother] można zostać posłem czy odnieść sukces estradowy, na olśniewające statystyki w.w. formatów programowych (nawet powtórzonych po raz enty, w jubileuszowych już dziś edycjach!) można było postawić w ciemno, mając choć odrobinę instynktu medialnego.

Na marginesie, istnieje wiele powodów, za sprawą których to właśnie format telewizji śniadaniowej jest doskonałym poligonem doświadczalnym dla młodych adeptów "konferansjerki na boku". Z pewnością zadawanie przez kilka lat pytań (w części improwizowanych) niezliczonym gościom wywodzącym się z różnych środowisk i branż pomaga w osiągnięciu pewnego poziomu elokwencji, "lekkości", wyrabia refleks, uczy szybkich ripost, humoru sytuacyjnego, pozwala w miarę bezboleśnie przejść przez bezcenne lekcje płynące z dotkliwych porażek i sporadycznych gaf. Innymi słowy, jest swoistą salą gimnastyczną dla sporej części ważnych w tym zawodzie kompetencji. 

Artyści, dziennikarze, celebryci: kogo wybrać i co ryzykujesz? 

Może na początek nieco prowokacyjnie, choć jedno pytanie, na które odpowiedź jest banalnie prosta: czy cena jest zawsze proporcjonalna do jakości? Poprawna odpowiedź brzmi: ZDECYDOWANIE NIE.

Mimo, że ich wiedza, talent i pracowitość nierzadko budzą niekwestionowany podziw i szacunek, wielokrotnie zdarzało mi się spotykać znanych aktorów i dziennikarzy występujących w roli konferansjerów, w ramach wydarzeń, których po prostu "nie unieśli", zarówno w mojej opinii, jako obserwatora z widowni, jak i organizatorów wydarzenia. W niektórych przypadkach konferansjerzy najprawdopodobniej podejmują decyzje o przyjęciu tego typu zleceń z premedytacją, wiedząc lub tylko przeczuwając, że może wykraczać poza ich szczególne kompetencje i wiedzę, a jego specyfika z pewnością nie ograniczy się do odczytania wcześniej przygotowanego scenariusza z finezyjną intonacją i nienaganną mową ciała. Co jednak najistotniejsze, wiedzą, że nie będą się czuli dobrze ani naturalnie w tej roli. Problem najczęściej dotyczy tzw. „branżowej wiedzy” oraz niezbędnego minimum znajomości i wyczucia kontekstu istotnego (by nie powiedzieć kluczowego) dla konkretnej instytucji lub firmy, który sprawia, że pewien rodzaj humoru a nawet dobór pozornie niewinnego słownictwa może się okazać niebagatelnym faux pas. Nie oznacza to jednak, że konferansjer na konferencji medycznej z definicji powinien być lekarzem – wprost przeciwnie. Powinien natomiast zagłębić się na tyle w istotny dla wydarzenia kontekst aby narracja, którą opracuje na jego potrzeby (w konsultacji z organizatorami) uwzględniała ów szeroki kontekst, stwarzając jednocześnie przestrzeń dla błyskotliwej improwizacji, ciekawych odniesień, ripost, informacji i danych, którymi prowadzący może się posłużyć.

Yes, I spik Inglisz 

Nieco inną kategorią problemów jest – paradoksalnie – kiepska samoocena i za niski poziom samokrytyki konferansjera w odniesieniu do konkretnych wymogów sytuacyjnych (zjawisko występujące w pełnym spektrum tego zawodu). Kilkukrotnie zetknąłem się z prowadzącymi, którym wydaje się, że tzw. komunikacyjna znajomość języka obcego jest wystarczająca do tego by (rutynowo!) prowadzić wydarzenie ze sceny np. w języku angielskim. O ile dla tej części widowni, która również operuje tzw. komunikacyjnym angielskim efekt może nie budzić szczególnych zastrzeżeń, o tyle dla osoby, która pracuje w radiu lub w telewizji, lub po prostu zna ten język trochę lepiej, wrażenie jest takie, jak wówczas gdy dajesz do ręki Stradivariusa komuś, kto dotychczas grał tylko na gitarze. Raz po raz słyszysz drobne przekłamania fonetyczne, fatalny dobór związków frazeologicznych, niefortunne braki w gramatyce. Innymi słowy, warto pamiętać, że praca na scenie to jednak coś zupełnie innego niż rozmowa przy lampce wina.

Efekt „złotej rączki”

Mając za sobą wiele lat (by nie powiedzieć przediziwny mix) doświadczeń w roli prowadzącego, trenera w zakresie wystąpień publicznych, organizatora międzynarodowych konferencji, zleceniodawcy w relacjach z dużymi i małymi agencjami eventowymi, ale przede wszystkim obserwatora i pasjonata niewątpliwej sztuki jaką jest skuteczna i błyskotliwa komunikacja, moja pierwsza rekomendacja dla świeżo-upieczonych organizatorów wydarzeń (niezależnie od tego jaką instytucję reprezentują) brzmiałaby następująco:

  • Nie marginalizuj znaczenia tego kto poprowadzi Twoje wydarzenie i podejdź to tego tematu bardzo poważnie lub po prostu z tym samym metodycznym rygorem, z którym zarządzasz innymi firmowymi projektami. Zarządzaj ryzykiem, sprawdzaj, korzystaj z dobrodziejstw internetu – staraj się przewidywać różne warianty, ponieważ jeśli Twoje wydarzenie nie potoczy się zgodnie ze scenariuszem (tj. rola Twojego prowadzącego faktycznie nie ograniczy się do sprawnego „odczytania” scenariusza), wtedy tylko naprawdę błyskotliwy i doświadczony konferansjer ma szanse wyciągnąć Cię z tarapatów a nawet przenieść kryzys na płaszczyznę humoru w taki sposób, że porażka zamieni się w niespodziewany dodatkowy wymiar sukcesu.

  • Nie szukaj konferansjera „do wszystkiego”. Im bardziej specjalistyczny charakter ma Twoje wydarzenie, im głębiej warto się wgryźć w jego tematykę i rozmaite niuanse (w tym, tzw. czynniki miękkie, które ostatecznie mają ogromny wpływ na finalny poziom) by naprawdę dobrze (czytaj: błyskotliwie, zarazem merytorycznie) je „zmoderować”, tym większe prawdopodobieństwo, że w świecie aktorów, dziennikarzy i celebrytów po prostu nie znajdziesz właściwej osoby. Nawet niekoniecznie z powodu braku kompetencji by dobrze poprowadzić tego typu wydarzenie w tym środowisku [często niczego im nie brakuje i są to ludzie niewątpliwie szalenie utalentowani], ale:

    (a) konferansjerzy wywodzący się z tych zawodów często świadomie wyspecjalizowali się w najlepiej-płatnych i relatywnie łatwych do poprowadzenia wydarzeniach, w których ryzyko odchyleń od normy jest stosunkowo niskie a czas potrzebny na przygotowania jest niemal odwrotnie proporcjonalny do wysokości wynagrodzenia. Dla tego typu wydarzeń, czynnik ten dodatkowo pozwala im być postrzeganymi w kategoriach "niskiego ryzyka".  
    (b), przyzwyczajenia, których nabiera konferansjer prowadzący określony typ, format lub zakres tematyczny wydarzeń, są relatywnie trudne do zauważenia dla samego konferansjera natomiast w sposób istotny wpływają na wszechstronność i zdolność odnalezienia się w zupełnie innym kontekście i rodzaju wydarzenia.
    (c) ktoś kto nigdy nie pracował np. w korporacji, nie dysponuje ani aparatem pojęciowym ani instynktem niezbędnym do tego by wczuć się w specyfikę tego ekosystemu na tyle by naprawdę dobrze poprowadzić trudne, branżowe wydarzenie, w którym w ramach obowiązków konferansjera może mieścić się także np. moderacja panelu dyskusyjnego.

Istnieje zatem kategoria wydarzeń, którym naprawdę trzeba oddać dużo czasu i zaangażowania by osiągnąć wyjątkowy efekt – wgryźć się w kontekst, poznać ludzi, nawiązać kontakt z prelegentami debat, a czasem doradzić kreatywnie w doborze poszczególnych rozwiązań (logistyka, scena, optymalny rozkład akcentów w programie, doprecyzowanie nazewnictwa w tytułach paneli dyskusyjnych i pojedynczych opisach tak by zwiększyć ich potencjał marketingowy).

Szczególnie w firmach i instytucjach publicznych, osoby którym powierza się organizację dużych konferencji i wydarzeń często nie mają doświadczenia w ich organizowaniu, nie wiedzą w jakie pułapki mogą bardzo łatwo wpaść, począwszy od tego, w którym momencie zaplanować pierwszą przerwę kawową w programie, tak by goście wydarzenia sami nie wyszli stadnie na kawę w ważnym momencie Twojej pieczołowicie rozplanowanej agendy [co bardzo często się zdarza!], skończywszy na tym jak dobrać moderatorów poszczególnych debat [najczęstszą pułapką jest tzw. „człowiek z branży”].

Konferansjerzy: pułapki specjalizacji

Nie łudź się, najprawdopodobniej, nie ma konferansjerów, którzy idealnie sprawdzą się w każdych warunkach. Przynajmniej ja jeszcze takiego nie poznałem. Ktoś kto profesjonalnie, z polotem i wyobraźnią poprowadzi trudny branżowy kongres najprawdopodobniej nie będzie idealnym kandydatem do poprowadzenia jubileuszowego festynu w małym mieście. To bardzo ważne, jeśli nie najważniejsze, by prowadzący czuł się dobrze w roli, którą na siebie przyjmuje. Może nie od razu „jak ryba w wodzie” ale z pewnością nie powinien mieć poczucia, że „robi to wyłącznie dla gaży”. Mówiąc nieco bardziej obrazowo, konferansjer na koncercie disco polo i konferansjer pracujący w Operze Narodowej to dwa różne zestawy kompetencji i raczej mało prawdopodobnym jest, że jedna osoba sprawdzi się znakomicie w tych dwóch, jednak dość odmiennych kontekstach. Jakkolwiek oczywiste by się to nie wydawało, warto o tym wspomnieć. Brak wyczucia w doborze konferansjera nie należy do rzadkości.

Barbie i Ken: ideał na scenie?

Oczywiście zdarzają się wyjątki od reguły – konferansjerzy powszechnie znani i lubiani, którzy chętnie podejmują się prowadzenia zarówno wydarzeń kulturalnych jak i tzw. korporacyjnych, przede wszystkim za sprawą relatywnie wysokich honorariów (na tej drugiej arenie, rzecz jasna), jednak - powtórzmy raz jeszcze - najczęściej są to wydarzenia oparte na gotowym scenariuszu, przygotowanym przez firmę eventową, w konsultacji ze zleceniodawcą. Innymi słowy, prowadzenie tego typu wydarzeń o wiele bardziej przypomina funkcję „czytacza” niż kogoś, kto może się narazić na ryzyko improwizacji. Jak to bywa w korporacjach, zwykle, nim firma eventowa wchodzi w fazę ostatecznych ustaleń z prowadzącym, niemal każda sekunda wydarzenia jest metodycznie rozpisana, wraz z tzw. czasówkami. Osoby odpowiedzialne za scenę dokładnie wiedzą, w którym momencie zapala się jakie światło, gdzie kto stoi, który film jest emitowany po którym a nawet co powiedzą goście „spontanicznie” zapraszani na scenę.

Nadmierne przyzwyczajenie zawodowego konferansjera (bo chyba tak należy określić aktora, dziennikarza lub celebrytę, który prowadzi przynajmniej jedno wydarzenie w miesiącu na zasadach komercyjnych) do sytuacji, w której pracuje na gotowym scenariuszu często pociąga za sobą interesujące konsekwencje. Zdarzało mi się być świadkiem sytuacji, w których najbardziej znani prowadzący w tym kraju, postawieni przed koniecznością „wypełnienia chwili przerwy w programie”, np. z powodu czyjegoś spóźnienia, lub tzw. obsuwy, z tytułu trudności technicznych, kompletnie nie potrafili improwizować. Kontrast był na tyle uderzający, że z widowni słychać było różnego rodzaju pomruki i prześmiewcze komentarze. Z punktu widzenia konferansjera, istnieją setki powodów, za sprawą których improwizowanie bywa zwyczajnie trudne, wśród nich zmęczenie, problemy osobiste, stres, złe samopoczucie, stan zdrowia, itp. Czasem jednak jest to brak solidnego przygotowania, które, jeśli nie zostanie pominięte z takich czy innych powodów, potrafi „uratować” niejedną bardzo trudną sytuację i wyciągnąć organizatora z potencjalnie koszmarnego, „niezawinionego” kryzysu. Wprawdzie w branży pokrewnej, jednak udało mi się doświadczyć na własnej skórze, czym w jednej z takich sytuacji mógł się skończyć brak solidnego przygotowania i wystarczającej dawki szaleństwa by "pójść na żywioł" w ułamku sekundy. 

Zarządzanie ryzykiem

29 kwietnia 2011 r., na oczach całego świata, Książe William poślubił Kate Middleton (dziś Księżna Cambridge) w bajkowych okolicznościach, których narracyjny potencjał zafascynował media na każdym kontynencie. Za sprawą zbiegu okoliczności zaproponowano mi tłumaczenie na żywo ceremonii zaślubin na antenie TVP 1, na tydzień przed wydarzeniem. Było to jedno z tych zleceń, których nikt racjonalnie myślący nie podjąłby się lekką ręką. Ja „niestety” to zrobiłem i przez kolejnych 6 dni poprzedzających ceremonię, spędzonych od rana do nocy na przygotowaniach (historia monarchii, heraldyka, tradycje brytyjskiego dworu, gazety/brukowce, portale plotkarskie i modowe, oficjalne, kilkudziesięciostronicowe komunikaty i publikacje Pałacu Buckingham, informacje prasowe, liturgia, psalmy, to mention only a few), z każdą minutą uświadamiałem sobie ile jeszcze nie wiem. Moje jasno zdefiniowane i zakontraktowane zadanie miało polegać na tłumaczeniu na żywo tego co dwójka brytyjskich komentatorów (BBC) mówi w trakcie wydarzenia. Polscy widzowie nie słyszeli tego kanału dźwiękowego więc zadanie wydawało się pozornie proste, tymczasem okazało się ucieleśnieniem wszystkich koszmarów, które można sobie wyobrazić w takiej sytuacji.

Najprawdopodobniej z przyczyn budżetowych TVP nie wyraziła zgody aby (podobnie jak w przypadku BBC) w polskim studiu przebieg samego wydarzenia komentowała więcej niż 1 osoba (lub choćby siedziała w pobliżu na wypadek gdyby pociąg nie dotarł na czas, "komentator" dostał panicznego ataku kaszlu, ziewania lub zachłysnął się po cichu popijaną wodą). Poprzedzającej nocy spałem niecałą godzinę, przygotowując się do ostatniej chwili, co okazało się mieć zbawienny wpływ na obniżony poziom stresu za sprawą braku snu.

Gdy o poranku w studiu zasiedli prowadzący (Agata Konarska i Radek Brzózka) by poprowadzić rozmowy m.in. z Jolantą Kwaśniewską, Dawidem Wolińskim i goszczącym w studiu Ambasadorem Wielkiej Brytanii, szef produkcji tłumaczył mi, który z 5 różnych kanałów dźwiękowych będę słyszał w którym uchu i co należy nacisnąć aby wezwać kardiologa [żart!], jak przekazać informację gdy jeden z prowadzących „grzecznościowo” zapyta np. kto (spośród członków licznej rodziny królewskiej, znanych gości, polityków i hierarchów) właśnie podjeżdża pod Westminster.

W pewnym momencie, trąby sygnalizują początek ceremonii a Radek Brzózka wypowiada takie zdanie: A teraz głos przekazuję Łukaszowi Ciochowi, który na bieżąco będzie komentował (?!?) przebieg dzisiejszej ceremonii. W tym właśnie momencie, rozgadani przez dwie godziny poprzedzające wydarzenie komentatorzy BBC postanowili (niemal) zamilknąć, chcąc uszanować solemny charakter uroczystości. Zrozumiałem, że JESTEM SAM I ZAMIAST „SPOKOJNIE" TŁUMACZYĆ MUSZĘ ZAIMPROWIZOWAĆ GODZINNY KOMENTARZ DO NAJBARDZIEJ MEDIALNEJ CEREMONII DEKADY. Zrozumiałem też wyjątkowo dobitnie, że JEŚLI ZROBIĘ Z SIEBIE [ ………… ], pewnego dnia moje dzieci po wsze czasy będą miały się z czego śmiać przeglądając YouTube.

Już w trakcie przygotowań bardzo szybko dotarło do mnie dlaczego z pewnością nikt nie kwapił się szczególnie z przyjęciem tego zlecenia i jakim cudem trafiło na tzw. wolny rynek (nie obsługiwali go tłumacze na stałe współpracujący z TVP). Niezależnie od biegłości w znajomości języka angielskiego, nie znam nikogo kto podjąłby się tego zlecenia nie wykorzystawszy całego wspomnianego tygodnia na przygotowania. Organizator transmisji nie przewidział takiej możliwości a ja miałem formalne prawo przemilczeć zdecydowaną większość ceremonii i nie powiedzieć ani słowa po tym jak Radek Brzózka przekazał mi głos. Postanowiłem jednak, że muszę improwizować i – korzystając z niezliczonych informacji, których się naczytałem przez kilka wcześniejszych dni – raz po raz wplatać ciekawe fakty i komentarze, zachowując jednocześnie należny powadze chwili szacunek.

Tego dnia wszystko się udało, polski widz prawdopodobnie nie zauważył, że głos, który komentuje przebieg ceremonii znalazł się w sytuacji – delikatnie mówiąc – mocno stresogennej. Ot, przyszedł ślusarz na zlecenie, do którego potrzebny był wybitny spawacz. Wycofać się nie mógł, choćby dlatego, że zmagania bacznie obserwowało 3,5 miliona ludzi. Nie ma to jak toporna analogia.

And one last thing…

Z setek różnego rodzaju wydarzeń, które miałem przyjemność prowadzić, tylko raz spotkałem się z przypadkiem, w którym zostałem zaproszony na „casting” do roli prowadzącego 2-dniowy, branżowy, anglojęzyczny kongres, w formie serii spotkań i listy pytań weryfikujących poziom dopasowania do specyfiki tego konkretnego wydarzenia. Idąc na spotkanie nie wiedziałem, że kandydatów jest kilku, ani że organizator z tak niespotykaną metodyczną pieczołowitością podejdzie do procesu wyboru prowadzącego.

Porządny, szanujący swój warsztat pracy prowadzący powinien zakończyć każde wydarzenie w ciekawy i oryginalny sposób: błyskotliwym dowcipem, zakorzenioną w bezpośrednim  kontekście puentą lub interesującą historią. W tym właśnie duchu: TO TYLE NA DZIŚ :)

 


Autor:

Przeczytaj również:

    Why 'now' might be your perfect time for public-speaking training (online)

    Do you think you know your strengths and weaknesses as a public speaker really well? More than 300 conferences, congresses, debates and public-speaking workshops later, I have come to believe that, in a lot of cases, the answer to this simple question can be surprisingly complex and have some...

    Konferansjer i moderator debat...za granicą?

    Konferansjerzy najczęściej pracują w krajach, z których pochodzą. Oczywiście, jak w przypadku niemal każdej reguły, i od tej zdarzają się wyjątki. Powód jest prosty - koszty po stronie organizatora. Sprowadzenie godnego zaufania, sprawdzonego konferansjera z innego kraju, na branżową konferencję...

    Branża eventowa w Polsce - co się zmieni

    Przyzwyczailiśmy się do nich. W szczycie sezonu potrafiliśmy bywać nawet na kilkunastu miesięcznie. Konferencje, kongresy, meet-upy, warsztaty i rozmaite inne formy spotkań (branżowych), w których oprócz wymiany doświadczeń, zdobywania kontaktów i wiedzy liczyło się też wspólne doświadczanie, bycie...

    Kontrowersyjni konferansjerzy

    Organizacja wydarzeń przypomina proces urządzania mieszkania. Dysponując odpowiednim kapitałem (i odrobiną gustu, który zawsze możesz 'zdelegować'), z łatwością da się dziś zbudować błyskotliwie zaprojektowany dom z fanatycznym wręcz przywiązaniem do odcieni, kształtów, materiałów i...

Dyskusja

« wstecz | w górę