Kontrowersyjni konferansjerzy

Kontrowersyjni konferansjerzy

Kontrowersyjni konferansjerzy

Organizacja wydarzeń przypomina proces urządzania mieszkania. Dysponując odpowiednim kapitałem (i odrobiną gustu, który zawsze możesz 'zdelegować'), z łatwością da się dziś zbudować błyskotliwie zaprojektowany dom z fanatycznym wręcz przywiązaniem do odcieni, kształtów, materiałów i funkcjonalności. W połączeniu, tworzą one tzw. ogólne wrażenie - poczucie, że konkretne rozwiązania (oraz wnętrze jako takie) do ciebie pasują lub nie, sprawiają, że czujesz się naturalnie i swobodnie lub też, że coś ci wyraźnie przeszkadza, nawet jeśli nie potrafisz tego precyzyjnie nazwać. Czasem, za sprawą jednego, pozornie nieznaczącego detalu, jedyne co zapamiętujesz z tej pobieżnej inspekcji to obecność kiczu. Podobnie jest z wydarzeniami. Na te najlepsze składa się niezliczona ilość szczegółów, które trzeba potrafić odpowiednio skoordynować i zsynchronizować , tak by we właściwym momencie mechanizm zadziałał jak przysłowiowy szwajcarski zegarek. Mimo to, w codziennej praktyce event menedżerów zdarza się, że banalny szczegół wykoleja odbiór efektów wielomiesięcznego wysiłku dziesiątek, czasem setek ludzi.
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 9 minut
{[description]}

Posuwając o krok dalej tę toporną analogię, rola prowadzącego wydarzenie, pod pewnymi względami przypomina zadania architekta wnętrz - osoby odpowiedzialnej za to by finalny efekt nie tylko był zgodny z bardziej lub mniej precyzyjnie wyrażonymi oczekiwaniami ale przede wszystkim by połączenie wszystkich elementów wywoływało pozytywne i jakościowo spójne wrażenie - bez ryzyka, że pojedynczy, chybiony akcent całkowicie zdominuje odbiór. Niniejszy wpis skupi się na roli i znaczeniu tego rodzaju 'detalu' w pracy konferansjera.

 

Koń trojański

Od czasu do czasu, na polskim rynku konferansjerów - w tym, osób, którym z takiego czy innego powodu czasem zdarza się wejść w tę rolę - dochodzi do skandalu. Pomijając prawdziwe (nierzadko trudne do jednoznacznego wyłuszczenia) motywacje osób, które znajdują się w jego epicentrum, skutki zwykle są dość łatwe do przewidzenia. Im bardziej kunsztowny ów skandal, tym większe szanse na to, że w miarę jak fala krytyki, analiz i spekulacji przetacza się przez media i portale plotkarskie, a pierwszy kurz zaczyna powoli opadać, wspomniany konferansjer odnotowuje gwałtowny wzrost popularności i rozpoznawalności. Rośnie też ilość zleceń i średnia wysokość wynagrodzenia. Żartobliwie nawiązuje do tego zjawiska jeden z aktorów, do którego wrócimy jeszcze w dalszej części publikacji. W showbiznesie zjawisko to (lub metoda) znane jest od co najmniej kilku dziesięcioleci; w polityce, od zarania dziejów. Szczególnie bliskie zdaje się być jednek zrozpaczonym spadkiem ilości medialnych doniesień celebrytom, którzy nagminnie podejmują coraz to bardziej kreatywne próby zwrócenia na siebie uwagi wykorzystując marketingowy potencjał 'skandalu' niczym codzienne narzędzie pracy. 

'Panie Premierze, za idiotę robię tu ja'

W 2011 roku, niezwykle znany i powszechnie szanowany aktor, ówczesny prorektor Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Krakowie, zgodził się poprowadzić ceremonię otwarcia Narodowego Centrum Nauki. Nie zagłębiając się w arkana specyfiki samego wydarzenia, ani okoliczności przyjęcia "zlecenia" (o ile nie była to np. koleżeńska/grzecznościowa przysługa), oto jak wyglądały (wyrwane z kontekstu, o ile ma to szczególne znaczenie w tym przypadku) trzy minuty wspomnianej 'konferansjerki'.

W teatrze 'idioci' bywają najmądrzejsi, czyli słów kilka o znaczeniu kontekstu

Opierając się pokusie odwołań do słynnych 'błazeńskich ról' znanych z desek światowych teatrów, pozostańmy jednak we współczesności. Jak to w Polsce często bywa, zarówno reakcje internautów na ów wyjątkowy 'spektakl' jak i pojawiające się na stronach wiodących portali informacyjnych komentarze rozeszły się po dwóch przeciwnych biegunach. Jedni z podziwem snuli wymyślne dywagacje o genialnej, zawoalowanej w kunszt aktorskiego rzemiosła symbolice i pełnej aluzji formie będącej misternie uplecionym komentarzem do rzeczywistości polskiego 'establiszmentu', inni otwarcie wyśmiewali to co zobaczyli, nie przebierając w słowach. Jedno jest pewne: w ciągu zaledwie trzech minut, rola konferansjera znalazła się na pierwszym planie wydarzenia...i już tam została.

Oglądając ten niezwykle ciekawy materiał można się pokusić o kilka wniosków, spostrzeżeń i pytań, które przy założeniu nieco bardziej tradycyjnie rozumianej roli konferansjera byłyby całkowicie naturalną częścią procesu przygotowania:

  1. Jak mogła brzmieć odpowiedź na typowe pytania zadawane (?) przez konferansjera organizatorowi, np. W jakiej konwencji chcemy utrzymać to wydarzenie? Ma być śmiesznie, (bardzo) formalnie, podniośle, oryginalnie, na luzie? Jaki jest cel tej konkretnej ceremonii, najważniejsze tezy i fakty, które powinny pojawić się w narracji? Sądząc po efektach, te pytania (ani tym bardziej odpowiedzi na nie) mogły nigdy nie paść. Organizator mógł się całkowicie zdać na doświadczenie i warsztat (w tym przypadku aktorski) osoby, która zgodziła się przyjąć tę rolę. Jeśli ustalenia faktycznie zapadły i to co zobaczyliśmy było efektem dedukcji na nich opartych, dalsze spekulacje pewnie doprowadziłyby do jeszcze bardziej niepokojących wniosków. Dość powiedzieć, że opłakane skutki tego rodzaju braków w komunikacji i odruchowego domniemywania po jednej lub drugiej stronie widywałem niestety wielokrotnie. 

  2. Czy konferansjer ma prawo (niczym aktor na scenie, w pełnym politycznych aluzji dramacie historycznym), oddalić się od tzw. konwencji na tyle by zaryzykować - delikatnie mówiąc - chaos interpretacyjny, lub co najmniej poważny zgrzyt w odbiorze wypowiedzianych słów? Zwłaszcza gdy ich obraźliwy wydźwięk jest niezaprzeczalny? Moim zdaniem absolutnie 'nie'. Mówię to jako zdecydowany zwolennik jak największej przestrzeni kreatywnej wpisanej w zakres roli prowadzącego. Zdecydowana większość wydarzeń, które zdarza mi się prowadzić uwzględnia stworzenie przez konferansjera co najmniej sporej części narracji i połączenia poszczególnych wątków w spójną, kreatywnie interesującą całość.

Nawet jeśli pominąć list z przeprosinami, przekazany przez aktora na ręce premiera (jak donoszą media) i założyć, że to co usłyszeli obecni na sali widzowie nie było prześmiewczą satyrą i krytyką tzw. establishmentu (teza niezwykle kusząca!) a jedynie potrzebą przedziwnie rozumianej oryginalności w (otherwise) potencjalnie nudnym i przewidywalnym kontekście, całość wciąż zdaje się trącić zjawiskami trudnymi do zaszufladkowania pod hasłem "akceptowalne", lub choćby "oryginalne". 

'Orła cień' czyli Skandaliści Anno Domini 2016

W 2016 roku, miano skandalisty roku w świecie konferansjerów najprawdopodobniej przypadnie Maciejowi Stuhrowi. Podczas ceremonii wręczenia Polskich Nagród Filmowych (Orły), przyznawanych przez Polską Akademię Filmową, prowadzący galę (wspomniany Maciej Stuhr), postanowił wpleść kilka politycznych komentarzy i aluzji w narrację prowadzącego, kończąc ciąg wypowiedzi coraz mocniejszymi odwołaniami do 'słów kluczy' zaczerpniętych wprost z politycznego ABC-adła minionych kilku miesięcy/lat. Nie była to jednak gra słów przypominająca satyryczne zabiegi powszechnie stosowane w programach inspirowanych tradycją sięgającą czasów Polskiego Zoo. Zdecydowanie bardziej poruszała się w nurcie propagowanym przez takich miłośników politycznej satyry jak Kuba Wojewódzki czy Szymon Majewski. Na marginesie, pomijając to jak sam program Kuby Wojewódzkiego plasuje się na tle anglosaskich gigantów, z których tradycji niewątpliwie czerpie, doświadczenie współpracy z bardzo profesjonalną ekpią tworzącą ten właśnie 'talk show' jest jednym z najbardziej pozytywnych wspomnień na tle wszystkich dotychczas zrealizowanych zleceń.

Wracając na chwilę do 'polskich orłów', czy to było błyskotliwe prowadzenie? Moim zdaniem odpowiedź jest prosta i brzmi 'nie', po prostu. Czy to było śmieszne? Dla mnie osobiście 'nie'. Mimo, że bardzo wysoko cenię zarówno błyskotliwą grę słów, gdy takowa zachodzi, jak i satyrę jako gatunek, w tym konkretnym przypadku miałem poczucie, że granica dobrego smaku została mimo wszystko przekroczona a sama gra słów wydawała mi się daleka od błyskotliwej czy wyrafinowanej, w jakimkolwiek słowa znaczeniu. Poziomem wyrafinowania przypominała raczej 'żart' tego samego prowadzącego (tę samą ceremonię, sprzed dwóch lat), polegający na roztrzaskaniu kijem baseballowym na oczach widowni plastikowej, przezroczystej mównicy dla zobrazowania konkretnych emocji. Czy poza ewidentnymi korzyściami marketingowymi samego konferansjera (na zasadzie: "Słyszałaś co Stuhr zrobił na Orłach?") można się w tym dopatrzeć jakiejkolwiek wartości? Szczerze wątpię.

I nie chodzi tu o brak minimum zdrowego dystansu czy poczucia humoru po stronie krytyków, ani nawet o domniemaną potrzebę artysty by w pewnym sensie 'zrównoważyć' satyrą nachalny wpływ wielokrotnie przerysowanego świata absurdów, któremu na co dzień hołdują politycy. Ale nie idźmy tą drogą.

Skoro już przywołaliśmy jakże pojemną symbolikę 'bejsbolu', w 2014 roku, Maciej Stuhr zrobił to tak:

Bo aktor zagraniczny, proszę pana...

Nie trzeba być znawcą teatru ani kina by wiedzieć jak wielką sztuką jest naprawdę błyskotliwie połączenie przestrzeni trudnych do połączenia: komedii i dramatu. By jednak poczuć na własnej skórze jaka potęga drzemie w tego rodzaju 'zestawieniach' wystarczy poświęcić dwie godziny na "Życie jest piękne" Benigniego (oryg. La vita è bella) - dzieło absolutnie wyjątkowe pod wieloma względami, zwłaszcza tym z jaką dozą piękna i lekkości podejmuje bardzo trudny, niemal nietykalny dla świata komedii temat.

W świecie anglosaskim (w szczególności tym za oceanem), swoistym barometrem konferansjerskich mód i trendów jest ceremonia rozdania nagród Akademii Filmowej. Rokrocznie wybór prowadzącego to wydarzenie jest decyzją osadzoną w szerokim kontekście globalnej (w szczególności amerykańskiej) pop-kultury. Wpływy tej ostatniej od dziesięcioleci docierają w najodleglejsze zakamarki planety. 

Co kilka lat, dokonując wyboru prowadzącego Oscary, Akademia niejako chce nieco potrząsnąć własnym wizerunkiem, choćby po to by trochę odmłodzić lub wzbogacić tzw. naturalną grupę odbiorców. Ostatnie lata są pod tym względem szczególnie interesujące. W 2013 roku, znany i lubiany w Stanach Seth Macfarlane nienagannie odśpiewał autorską kompozycję pt. 'We saw your boobs' (czyt. 'Widzieliśmy twój biust'). Jakkolwiek kuszące jest nieco 'ugrzecznione' tłumaczenie słowa 'boobs' w kierunku 'piersi', byłoby jednakowoż nie do końca uczciwe. Dość powiedzieć, że jedna i druga (i trzecia przychodząca na myśl) wersja tłumaczenia pociąga za sobą smutną refleksję o ubogich możliwościach polszczyzny w tej skrzywdzonej pruderyjnością PRL-u nomenklaturze, mimo stuleci tradycji w wykonaniu mistrzów poezji, rzeźby i malarstwa.

Tak czy inaczej, w nienagannie odśpiewanej piosence, Seth Macfarlane, zwrotka po zwrotce, opowiedział historię współczesnego kina przez pryzmat filmów, w których zasiadające na widowni aktorki po raz pierwszy odsłoniły na srebrnym ekranie rąbka tajemnicy. W finale kompozycji, pokaźny chór mężczyzn ubranych w smokingi pomaga wokaliście mocno spuentować wszelkie głębsze lub płytsze warstwy przesłania tejże malowniczej opowiastki. Needless to say, na oskarżenia o seksizm w kraju, który do dziś w najróżniejszych zakamarkach życia publicznego chętnie przypomina o swych purytańsko-prohibicyjnych korzeniach nie trzeba było długo czekać.

Enter Degener(ates)?

Kilka lat później, po raz kolejny przyszedł czas na fenomenalną, niesłychanie uzdolnioną Ellen Degeneres. W 2015 roku poprowadziła ceremonię rozdania Oscarów w taki sposób, jakby jednym z głównych celów misternie zaprojektowanej narracji była luźna zabawa konwencją, z niemal gombrowiczowskim dystansem do otaczającej rzeczywistości. I tak, przez kilka godzin na słynnej scenie Kodak Theatre, tego dnia, to Ellen Degeneres była zdecydowanie najważniejszą aktorką.

Ceremonia rozdania Oscarów w 2015 roku przypominała zjawisko, które w teorii zarządzania określa się mianem 'disruptive innovation'. Jej 'konferansjerka' wprost przelewała się od rozmaitych fajerwerków, począwszy od selfie z gwiazdami na widowni, które pobiło rekord udostępnień na Twitterze (ponad 2 miliony) ustanowiony wcześniej przez Baracka Obamę z małżonką, skończywszy na rozdawaniu pizzy na widowni, zbieraniu napiwków i odkurzaniu czerwonej wykładziny u stóp gwiazd. Sposób w jaki odegrała tę rolę jest niewątpliwym potwierdzeniem ogromnego talentu i wielkiego kunsztu tej bardzo znanej i lubianej w Stanach prowadzącej autorski talk show. Za wyjątkiem dwóch fragmentów, w których, w moim osobistym odczuciu, podobnie jak w przypadku 'polskich Orłów', granica dobrego smaku została wyraźnie przekroczona

Najpierw, w drugiej minucie wystąpienia otwierającego (1:10 sek.), odnosząc się do najstarszej nominowanej aktorki (84 lata), głośno i wyraźnie sparafrazowała własną wcześniejszą  wypowiedź, zwracając się bezpośrednio do June Squibb. Zasugerowała w ten sposób widowni, że aktorka jest już na pewno w na tyle podeszłym wieku, że mogła nie dosłyszeć jej słów ('I'm telling everyone that you were wonderful in Nebraska!'). Czy to był dobry 'dowcip'? Moim zdaniem zdecydowanie nie, zwłaszcza na tle innych, błyskotliwych odniesień do wieku i znaczenia młodości w showbiznesie, w trakcie tej samej ceremonii, do których nie sposób się przyczepić.

Kolejny kontrowersyjny fragment posunął ten sam 'ferment' humoru jeszcze o krok dalej, tym razem w odniesieniu do Lizy Minnelli (2:25). Prowadząca zwróciła się do niej sugerując najpierw, że na widowni zasiadł 'jeden z najbardziej niesamowitych sobowtórów' aktorki (w domniemaniu chodziło jej o to, że maskujący wiek aktorki makijaż jest na tyle 'wyrazisty', że trudno rozpoznać, kto się za nim kryje), następnie zatytułowała ją 'per pan', co w połączeniu z bezpośrednim kontekstem musiało nie należeć do najprzyjemniejszych chwil w życiu Lizy Minnelli, nawet jeśli w kategorii zdrowy dystans i poczucie humoru niczego jej nie brakuje.

Te dwa 'żarty', na tle całości genialnego prowadzenia ceremonii, bardzo wyraźnie kreślą granicę pomiędzy czymś co może uchodzić za błyskotliwy, kreatywny humor sytuacyjny a czymś co zwyczajnie jest baaardzo kiepskim pomysłem - na tyle kiepskim, że jest w stanie zdominować całościowy odbiór jakości prowadzenia. Pokazują też jak wyraźne są różnice pomiędzy humorem, który w Stanach przechodzi w zasadzie bez echa, w Polsce z pewnością spotkałby się z falą ostrej krytyki. 

Pajacyki

Trudno dziś mieć jakiekolwiek wątpliwości, że humor jest bardzo ważnym narzędziem pracy konferansjera, w czasach 'komunikacji zajawkowej', w których choćby dobrnięcie do ostatniej części niniejszego bloga już samo w sobie może uchodzić za cud.

Dla statystycznego konferansjera, humor to przede wszystkim długo i pieczołowicie wybierane dowcipy, innym razem rozmaite aluzje do świata polityki i (pop)kultury. W jeszcze innych przypadkach, zwłaszcza tych najbardziej wymagających i mocno osadzonych w (branżowym) kontekście wydarzeń, najważniejsze okazują się błyskotliwe, szybkie riposty i komentarze, które wynikają bezpośrednio z sytuacji na scenie. To one stanowią najważniejsze elementy składające się na całościowe wrażenie. Bez inteligencji, doświadczenia, wiedzy i ogromnej intuicji, nie da się ich zaplanować, powtórzyć, przećwiczyć. Dlatego właśnie o wiele łatwiej jest w ogóle 'nie ryzykować' (czyt. obniżać ryzyko na poziomie tworzenia scenariusza), że tego typu sytuacje mogłyby w ogóle zaistnieć. 

Na scenie, bardzo łatwo jest przesadzić, w każdą ze stron, bardziej lub mniej mimowolnie 'wykreować' wrażenie, które sugeruje widowni, że jesteś 'narcyzem', 'dziwakiem', 'amatorem' lub wręcz 'pajacem' odgrywającym niemal surrealistyczny spektakl, w którym główny bohater to ty sam(a)...i niewiele więcej. Ponieważ konferansjerzy zwykle oceniają efekty swojej pracy przez pryzmat kontaktu z widownią (czyt. reakcji widowni), bardzo często odruchowo nadużywają humoru myśląc, że najważniejsze atrybuty 'stand-up comedy' sprawdzą się w każdych warunkach. Nagminnie rozszerzają tym samym scenariusz o rozmaite (auto)prześmiewcze dygresje i komentarze, całość 'zdobiąc' przesadnie modulowanym, wystudiowanym przez lata radiowo-telewizyjno-scenicznej praktyki głosem. Z oczywistych względów, są to zwykle o wiele łatwiejsze rozwiązania niż zbudowanie naprawdę błyskotliwego trzonu narracji, znalezienie delikatnej równowagi gdzieś pomiędzy humorem i patosem, którego wymaga kontekst konkretnego wydarzenia.

Na pocieszenie, dla tych nieco mniej ambitnych pragmatyków, 'pajacowanie' na scenie zawsze znajdzie swoich zwolenników, a każdy, kto podważy jego 'wartość' ma poważne szanse spotkać się z zarzutami pruderyjności, braku poczucia humoru, dystansu, itp. itd. O wiele trudniej jednak jest stworzyć coś co obroni się samo, jakością i humorem, coś co sprawi, że ludzie - niczym w teatrze - poczują się częścią jednej, spójnej, ciekawej narracji. Cała sztuka polega na tym by zrobić to tak by konferansjer był TYLKO i aż konferansjerem - niczym więcej, niczym mniej. 

 

Trzy najważniejsze kategorie predyspozycji wybitnych konferansjerów?

  1. intuicja połączona ze zdolnością obserwacji,
  2. bogactwo doświadczeń zawodowych, czego przeciwieństwem jest wszelka specjalizacja. 
  3. te najmniej uchwytne: klasa, błyskotliwość i elokwencja,

O tym wszystkim, więcej w poprzednim wpisie.


Autor:

Przeczytaj również:

    Centrum Kongresowe ICE Kraków

    Audyt eventowy

    Jako profesjonalna usługa na rynku, "audyt konferencji" nie tylko się jeszcze w Polsce nie zakorzenił, ale wręcz prawie nie istnieje w świadomości organizatorów wydarzeń, ani nawet najbardziej doświadczonych firm eventowych. Dlaczego? Powody są bardzo interesujące i o nich właśnie jest ten...

    Branża eventowa w Polsce - co się zmieni

    Przyzwyczailiśmy się do nich. W szczycie sezonu potrafiliśmy bywać nawet na kilkunastu miesięcznie. Konferencje, kongresy, meet-upy, warsztaty i rozmaite inne formy spotkań (branżowych), w których oprócz wymiany doświadczeń, zdobywania kontaktów i wiedzy liczyło się też wspólne doświadczanie, bycie...

    Konferansjer i moderator debat...za granicą?

    Konferansjerzy najczęściej pracują w krajach, z których pochodzą. Oczywiście, jak w przypadku niemal każdej reguły, i od tej zdarzają się wyjątki. Powód jest prosty - koszty po stronie organizatora. Sprowadzenie godnego zaufania, sprawdzonego konferansjera z innego kraju, na branżową konferencję...

    (A)Plaudit for Polański & Friend(s)

    Applause is among the purest and most intuitive forms of non-verbal communication. Known to mankind since time immemorial, it can express a puzzlingly diverse range of emotions and attitudes, stretching far beyond the simple act of putting one’s hands together and making noise.

Dyskusja

« wstecz | w górę