Komunikacja jak paralaksa

Komunikacja jak paralaksa

Komunikacja jak paralaksa

Z komunikacją jest jak z paralaksą w fotografii - bywa, że "odległość od tematu" spłaszcza i zniekształca całe nasze postrzeganie rzeczywistości!
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 7 minut
{[description]}

Zacznijmy od truizmu: opinie, poglądy, spostrzeżenia, wnioski, wreszcie skróty myślowe, do których przejawiamy skłonności, są często logiczną kontynuacją sekwencji, ba, ewolucji schematów myślenia, którymi karmiliśmy umysł w przeszłości. Dochodzenie do bardziej lub mniej spójnych wniosków przypomina zatem weekendowe porządki w domu - formułując konkluzje na wybrany temat, "sprzątamy" w Szuflandii naszego umysłu, co w praktyce oznacza również ryzyko, że z czasem "zakochamy się w błędach poznawczych" własnego myślenia.

Procesowi temu nieuchronnie towarzyszy bardziej lub mniej podświadomy cel z gatunku "udowodnię, że mam rację" (ostatecznie, przynajmniej sobie!), albo "przecież inni nie dostrzegają tego co widzę ja i dlatego dochodzą do błędnych wniosków", wreszcie "poszukam jeszcze jakichś argumentów na to, że od początku mam rację". To i pokrewne zjawiska znane są w psychologii od bardzo dawna - wystarczy choćby pobieżna lektura listy najbardziej typowych błędów poznawczych (ang. cognitive biases), by zrozumieć ich faktyczne znaczenie w życiu codziennym. Jeśli ktoś woli "na szybko", w wersji wideo, proszę bardzo.

źródło (YouTube: kanał "Practical Psychology")

Leaving Neverland

Raz na jakiś czas pojawia się "medialny temat", którego siła oddziaływania i polaryzacji jest tak duża, że zdaje się kumulować w sobie niemal pełną listę wspomnianych cognitive biases. Jest tak z pewnością w przypadku najgłośniejszego filmu dokumentalnego ostatnich lat, Leaving Neverland, w reżyserii Dana Reeda. Już od pierwszych minut, oglądanie tego bardzo ważnego dla tematyki obrazu wymaga od widza konfrontacji z własnymi uprzedzeniami i faktyczną gotowością do potraktowania wielopokoleniowej ikony muzyki pop jaką był Michael Jackson, w kategoriach człowieka, który podlega tej samej literze prawa co wszyscy inni.

Automatyzacja uprzedzeń

Utarte schematy naszego myślenia mają bezpośredni - o ile nie najważniejszy - wpływ na sposób w jaki na co dzień komunikujemy się z otoczeniem i radzimy sobie z wszelkimi sytuacjami, których składową jest jakikolwiek przekaz informacji i bodźców między jednym człowiekiem a drugim (zarówno w znaczeniu werbalnym jak i niewerbalnym).

Nasz punkt widzenia niemal zawsze obarczony jest niemałym zbiorem rozmaitych zmiennych, których faktycznego wpływu sobie często nie uświadamiamy. Na wczesnym etapie przetwarzania informacji przez mózg, ulegają one "automatyzacji" - nasz umysł przejmuje kontrolę i "odciąża nas" z potrzeby ciągłego i świadomego skupiania się na tym co już opanowaliśmy. To trochę tak, jak z jazdą samochodem: gdy uczymy się podstawowych zasad i czynności niezbędnych do sprawnego poruszania się po drogach, każda z nich wymaga koncentracji: spojrzeć w lusterka, nacisnąć sprzęgło, wbić kierunkowskaz, zwrócić uwagę na to i na tamto, i wszystko razem odpowiednio zsynchronizować. Kilka lat później, jedziemy autostradą i raz po raz łapiemy się na tym, że w sumie nie pamiętamy żadnych szczegółów z ostatnich kilkunastu kilometrów drogi ponieważ myśleliśmy w tym czasie o dziesiątkach innych spraw.

Apetyt rośnie w miarę...

Od pewnego czasu regularnie oglądam najróżniejsze polskie i zagraniczne wideo blogi (tzw. vlogi) obserwując m.in. jak zmienia się relacja pomiędzy formą i treścią w przekazie, który uchodzi dziś za interesujący, popularny, wartościowy... Tzw. vlogerzy, to w większości młodzi, energiczni, pewni siebie ludzie, którzy wykorzystując to co współczesne technologie mają do zaoferowania - w największym uproszczeniu - starają się budować swoją popularność w internecie i docierać do jak najszerszego grona odbiorców z tym co mają do przekazania światu.

Przeglądając kolejne treści, w miarę upływu czasu, mózg reaguje podobnie jak w przypadku nauki jazdy samochodem. Im więcej różnorodnych treści pochłaniamy i im wyżej stawiamy sobie poprzeczkę na płaszczyźnie naszych oczekiwań i potrzeb (o ile są również tożsame z rozwojem i kształceniem, a nie wyłącznie z rozrywką i zaspokajaniem tych bardziej atawistycznych potrzeb), tym większe prawdopodobieństwo, że staniemy się coraz bardziej wymagającym odbiorcą. W konsekwencji, z czasem, niemal natychmiast po uruchomieniu "nowego" źródła treści (patrz blog/vlog/autor/tytuł/forma) dokonujemy intuicyjnej oceny jakościowej tego co właśnie zaczęliśmy oglądać/przyswajać i coraz szybciej podejmujemy decyzje na bazie intuicji właśnie, doświadczenia i oczekiwań. Bardzo często, już po pierwszych minutach (a nawet sekundach), zaczynamy szukać innego źródła bodźców.

Nie wierzycie? Wystarczy porozmawiać z dowolnym autorem reklam i spotów filmowych, by się dowiedzieć w jakim czasie konieczne jest "złapanie widza za gardło", aby w ogóle myśleć o realnych szansach na efekty zrealizowanej pracy. Bezcennym źródłem informacji na temat "ewolucji bodźcowania widzów" za pośrednictwem szeroko rozumianego przekazu filmowego są właśnie najpopularniejsze wideo blogi, w których FORMA, TREŚĆ, OBRAZ, DŹWIĘK I STRUKTURA zderzają się w taki sposób by od pierwszych sekund jak najdłużej utrzymać uwagę odbiorcy. Warto też się zagłębić np. w historię reklamy.

Konferencje i praktyka wystąpień publicznych

Na co dzień zajmuję się m.in. prowadzeniem dużych, branżowych konferencji i kongresów. W ich ramach często również debat, prezentacji i paneli dyskusyjnych. Te tzw. "eventy" odbywają się w całym kraju, coraz częściej również za granicą. Choć stanowią tylko jeden z obszarów, którymi się zajmuję zawodowo, są dla mnie bardzo ważną przestrzenią poznawczą, wspaniałego kontaktu z ludźmi, ale też pokory i ciągłego uczenia się.

Pracując na scenie mam do czynienia z najróżniejszymi narodowościami, branżami, widowniami, prelegentami, agencjami eventowymi, formatami wydarzeń (konferencje, koncerty, targi, fora, kongresy, itp) jak i samymi organizatorami tych wydarzeń. Zdarza mi się także przeprowadzać kompleksowe audyty wydarzeń, pod kątem identyfikacji ich najsłabszych ogniw i rekomendacji działań. Zwykle mają na celu udoskonalenie samego formatu konferencji w jego warstwie kreatywnej i merytorycznej, czasem też wprowadzenie zupełnie nowych rozwiązań technicznych.

Skutki uboczne "przesytu"

Wracając do tematu zarysowanego w tytule, wynikiem takiej a nie innej pracy jest m.in. cały szereg "skutków ubocznych" wynikających z szerokiego oglądu na branżę eventową, zmiany w niej zachodzące na przestrzeni lat, wreszcie różnorodności wydarzeń, dziedzin, miejsc i pomysłów kreatywnych, z którymi się zetknąłem. Wszystko to razem wzięte stwarza spore prawdopodobieństwo, że coraz trudniej jest uczestniczyć w wydarzeniach wyłączając analityczne odruchy, "tak po prostu". To jak oglądać film w kinie będąc na co dzień operatorem lub reżyserem. Nie do końca potrafimy się skupić na fabule, jeśli po drodze pojawiają się zgrzyty wynikające z naszych oczekiwań względem samego rzemiosła sztuki operatorskiej, czy - bardziej ogólnie - związane z całościową produkcją filmu.

W kontekście eventów i wystąpień publicznych, nieuchronnie pojawia się zatem obniżona tolerancja na bylejakość, niechlujność i pełną zadufania w sobie rutynę, jakże często niemal z definicji wpisaną w wystąpienia publiczne, zwłaszcza w wykonaniu osób, które - o ironio - stoją na scenie relatywnie często, w tym tzw. keynote speakerów, w których organizatorzy wydarzeń zwykle pokładają duże nadzieje. To właśnie oni do pewnego stopnia odpowiadają za jakże ważne "pierwsze wrażenie" z konferencji/kongresu/forum, będące wstępem do oceny całości. Chyba nie musimy się ponownie uciekać do wspomnianej listy błędów poznawczych, by wiedzieć jak ważne jest ono również w życiu codziennym. 

Niestety w rynkowych realiach setek różnych konferencji, często naprawdę trudno jest oprzeć się wrażeniu, że przygotowując się do wystąpień, prelegenci w ogóle nie zadają sobie pytań z gatunku:

  • Czy to co zamierzam powiedzieć nie jest przypadkiem zbyt oczywiste?
  • Czy oby na pewno nie dało się nadać tej prezentacji ciekawszej formy, lepszej struktury, większej dyscypliny słowa?

Szczególnie smutne jest to wówczas, gdy "ofiarą" tego rodzaju analizy i oceny pada znany przedstawiciel środowiska akademickiego, który nim zbudował swoją obecną pozycję "konferencyjnego celebryty", nieuchronnie przez długie lata na równi wyzutej z pasji rutyny zanudzał na śmierć kolejne roczniki studentów...czasem na wielu uczelniach jednocześnie. Ale to cały, wielki, osobny temat.

Nasza ocena poszczególnych wystąpień publicznych jest oczywiście często obarczona wszystkimi czynnikami i zmiennymi, o których mowa wcześniej, jednak istnieją pewne kryteria, które śmiało możemy traktować jako punkt odniesienia, przyjmując oczywiście, że odpowiednio wysoko stawiamy poprzeczkę myśląc o naszych oczekiwaniach jakościowych. W idealnym świecie, w pierwszej kolejności powinniśmy tę poprzeczkę ustawić samym sobie.

"Banalny szczegół" i "rewolucyjna zmiana" trzymają się za ręce!

W życiu codziennym, te same cechy i skłonności, o których mowa powyżej sprawiają, że czasem wystarczy niewielkie odchylenie w pojedynczej zmiennej, aby skutki naszej komunikacji (i oceny intencji innych, zakładając, że potrafimy rozdzielać intencje od realizacji, nie mówiąc o istotnym kontekście!) wylądowały na potencjalnie przeciwstawnych biegunach. Bardzo często to właśnie w tym miejscu rodzi się potencjalny konflikt.

Przykład? Po ciężkim dniu w pracy, w drodze do domu, postanawiasz spontanicznie wejść do pobliskiego pubu. Czujesz wewnętrzne napięcie i chcesz pobyć przez chwilę wśród ludzi, ale niekoniecznie rozmawiać z nieznajomymi. Zamawiasz lampkę wina, lub kufel piwa przy barze (lub szklankę mleka, jeśli akurat ów nastrój przypomina Ci sceny z Leona Zawodowca) i "cieszysz się chwilą". Po kilku minutach, podchodzi do Ciebie inny człowiek, miły i sympatyczny - chce zagadać, widząc w jakim stanie siedzisz samotnie przed barem (tak, wiem, to tylko w filmach). Reagujesz "odpychająco", może nawet opryskliwie, lub tylko nieco chłodniej niż zwykle, po prostu nieżyczliwie. Kontakt się ucina zanim się zaczął. I w sumie nic się nie stało. Zostawiasz za sobą pustą szklankę, wychodzisz, nie było tematu. Tego dnia, po prostu Twój nastrój zadziałał jak katalizator wcześniej utrwalonych schematów.

Nie łącząc ze sobą tych wątków, jakiś czas wcześniej lub później pytasz swoich rodziców jak się poznali. Dowiadujesz się, że w szkole, na uczelni, na przystanku autobusowym, w sklepie, w pracy, w barze, na kameralnym spotkaniu u znajomych (w tamtych czasach nazywanym "prywatką"). Krótko mówiąc, bardzo często w jednej z tych absolutnie niepozornych życiowych sytuacji, które nie zapowiadały niczego, a zmieniły całe nasze życie, ustawiając je - pod wieloma względami - na zupełnie nowym torze.

Choć chętnie myślimy o sobie w kategoriach autorów i sprawców naszego zawodowo-życiowego sukcesu (rzadziej w przypadku porażek, kiedy to o wiele chętniej szukamy winnych gdzie indziej) najważniejsze decyzje w naszym życiu zapadają czasem za sprawą absolutnie niepozornych zmiennych, takich jak humor danego dnia, w danej chwili, banalny szczegół naszego zachowania, mowy ciała, odruchu, ubioru, wyglądu, wreszcie, filtra, przez który patrzymy na świat i ludzi wokół, będącego niczym innym jak tylko sumą minionych doświadczeń i często niesłychanie subiektywnych wniosków, które mamy niewątpliwą skłonność z nich wyciągać. Nie mówiąc o znaczeniu czynników tak banalnych jak nastrój pojedynczej chwili, która - gdyby nie on - mogła zmienić całe nasze życie (ba "miała" zmienić całe nasze życie, jeśli wiara, również w tzw. przeznaczenie, jest dla Ciebie ważnym przewodnikiem).

Fakty, wrażenia, uprzedzenia!

Patrząc na jedyne zdjęcie umieszczone w tej publikacji, można w pierwszym odruchu śmiało pomyśleć, że tekst będzie na zupełnie inny temat. Można też sobie wyobrazić, że Kraków to jedno z najbrzydszych miast w historii urbanistyki. Kto był, ten wie, że w rzeczywistości jest jednak nieco inaczej. Tymczasem dzięki efektowi "spłaszczenia" przestrzeni na zdjęciu (za sprawą bardzo dużej odległości, z jakiej zostało zrobione to zdjęcie - 3km od Wawelu), z goła inne wnioski wydają się przynajmniej kuszące.

Ostatnie słowo...

Choć nieco chaotyczny w swych skokach po tematach i punktach odniesienia - o ironio - mam nadzieję, że ten spontaniczny tekst poprowadzi Was w stronę choć jednego wartościowego wniosku wpisanego w Wasze osobiste doświadczenia na polu komunikacji - tej tzw. "życiowej", codziennej, jak i tej najbardziej formalnej, "na scenie". Powodzenia!


Autor:

Dyskusja

« wstecz | w górę