Dlaczego każdy powinien...
Dlaczego? Ponieważ nawet na współczesnym, 'przesyconym' rynku szkoleń, naprawdę niewiele jest propozycji, w których relacja wartości do ceny jest aż tak korzysna i (przy spełnieniu pewnych warunków) tak szybko przynosi nadspodziewanie dobre i zaskakujące efekty. A także dlatego, że wiedza praktyczna i ‘instynkt nabyty’ wynoszony z tego rodzaju szkoleń procentują przez całe życie, w najróżniejszych kontekstach życia zawodowego i prywatnego.
Po czym poznasz naprawdę dobre szkolenie?
Po tym, że zaboli, wytrąci cię ze strefy komfortu i otworzy ci oczy na zupełnie nowe spektrum obserwacji i percepcji. Po tym, że wielokrotnie cię zaskoczy, zdziwi i da do myślenia. Po drodze, sprawi też, że nie tylko będziesz chciał(a) dobrowolnie zakwestionować wiele spośród swoich dotychczasowych przekonań, mitów i założeń odnoszących się do twojego własnego 'wizerunku' (czytaj, krótko- i długofalowego wrażenia, które pozostawiasz w świadomości innych), ale - co ważniejsze - wyostrzy w tobie cały szereg zmysłów i odruchów obserwacyjnych, które dotąd mogły pozostawać w uśpieniu.

Kraków Film Music Festival
Pośród wielu tak zwanych uniwersalnych prawd o ludziach jest i ta, że samych siebie zwykle postrzegamy – delikatnie mówiąc – w krzywym zwierciadle. Chętnie popadamy w schematy, wypieramy i odsuwamy zarówno proste jak i złożone problemy i dylematy, tłumimy wyrzuty sumienia, w konflikcie natomiast zwykle szukamy winy we wszystkim i wszystkich tylko nie w sobie samych, sztucznie maskujemy niedociągnięcia nie dotykając nawet źródła problemu. Ot, tak zwana natura ludzka.
Dlatego naprawdę dobre szkolenie dotykające tematyki wystąpień publicznych i komunikacji niewerbalnej z definicji nie może pomijać obszarów, w których od lat (bardziej lub mniej świadomie) oszukujemy samych siebie. Powinno być szczere do bólu, oparte na autentycznym (zbudowanym w toku szkolenia!) zaufaniu i solidnej, skrojonej na miarę potrzeb konkretnej osoby/instytucji diagnozie. W praktyce nie jest tak łatwo wypracować ów stan ‘bez hamulców’ i barier wymuszonych konwencją, dyplomacją lub nawet zwykłą chęcią nie zrażania/przymilania się klientowi. Dlatego szukając idealnego szkolenia dla siebie, dobrze zbadaj rynek ofert, polegaj na opiniach, rozmawiaj, pytaj, szukaj, konsultuj.
Niezależnie od twoich doświadczeń pracy w rozmaitych kontekstach związanych z wystąpieniami publicznymi, istnieje duże prawdopodobieństwo, że naprawdę dobre szkolenie pomoże ci odkryć w sobie zupełnie nowe pokłady świadomości i auto-percepcji. Pokaże ci jak dalece rozmijałeś się z prawdą myśląc, że w konkretnych sytuacjach i uwarunkowaniach ludzie odbierają cię w taki a nie inny sposób, że sprawiasz na ludziach takie a nie inne wrażenie (zarówno to tzw. pierwsze jak i w znaczeniu długofalowym). Uzmysłowi ci w jak poważnym stopniu mowa ciała zazębia się z formą i treścią przekazu oraz to w jaki sposób i na jak wielu płaszczyznach kontekst wpływa na tak zwany całościowy odbiór.
Nade wszystko jednak, wystrzeli twoje zdolności (auto)obserwacji na zupełnie nową orbitę dając ci do ręki konkretne narzędzia, dzięki którym konsekwentna poprawa i wzrost twoich umiejętności staną się wyłącznie kwestią twojej własnej dyscypliny i dobrej woli. Zaczniesz słuchać i analizować rzeczywistość ze znacznie większą intensywnością, dostrzegać niuanse, które dotąd ci umykały, wreszcie zwiększysz swoją odporność na manipulację, nieuczciwy lub niespójny przekaz, z którym masz do czynienie wszędzie wokół – począwszy od klasyki mechanizmów świata reklamy aż po współczesny dyskurs polityczny.
W tym miejscu winien jestem czytelnikowi ostrzeżenie: umiejętności te mają też swoje ciemne oblicze. W największym uproszczeniu, w zależności od kontekstu, w którym znajdą zastosowanie, mogą stać się źródłem frustracji i potencjalnie trudnej do opanowania złości wobec obserwowanych wokół zjawisk. Może nie w aż takim stopniu jak w słynnej scenie z filmu ‘Matrix’, w której bohater staje przed wyborem połknięcia jednej z dwóch tabletek ale z pewnością nie bez podobieństw. Anglicy mają takie prastare, niezwykle proste i mądre przysłowie: ‘Ignorance is bliss’.
© Krakowskie Biuro Festiwalowe, W.Wandzel, wandzelphoto.com
Lęk przed sceną
Z pewnością jest coś zadziwiającego w tym, że nawet niezwykle doświadczone w wystąpieniach publicznych osoby, nierzadko piastujące bardzo wysokie stanowiska w różnego rodzaju firmach i instytucjach, doznają silnych emocji każdorazowo, gdy okoliczności ‘zmuszają’ je do publicznych wystąpień. Objawy są zwykle wielotorowe, począwszy od drobnych reakcji mimicznych, spuszczonego, zawieszonego lub ‘wędrującego’ wzroku, poprzez drżący głos, zimne, spocone dłonie, nerwowe tiki, ogólną nadpobudliwość i zwiększoną ruchliwość, aż po niezwykle istotne parametry z kategorii tzw. merytorycznych: panowanie nad strukturą i konstrukcją wypowiedzi, umiejętność właściwego rozłożenia akcentów i zbudowania narracji pozbawionej niepotrzebnej ‘waty’ i pustosłowia (nierzadko stanowiącego powyżej 50% całkowitej liczby słów wypowiedzianych w trakcie wystąpienia).
Jak doskonale wiedzą doświadczeni wyjadacze sceny, trema może być zarówno twoim przyjacielem jak i wrogiem. Gdy jest jej za dużo (np. brak doświadczenia lub przytłaczająca ranga wydarzenia), nie panujesz nad materiałem (ani nawet własną gestykulacją i motoryką) w takim stopniu w jakim z pewnością byś chciał(a). Gdy jest jej za mało, twój umysł nie pracuje na wystarczających obrotach aby z łatwością i na czas przychodziły ci do głowy szybkie, błyskotliwe riposty, komentarze – popadasz w rutynę i w coraz większym stopniu hołdujesz schematom i stereotypom zawodu, który niejako z definicji charakteryzuje ogromna przestrzeń kreatywna.
Szkolenia medialne: o co tak naprawdę chodzi?
Jednym zdaniem? O głęboko zindywidualizowany proces metodycznego wgryzania się w tzw. cechy idiosynkratyczne osoby, z którą pracujemy, po to by wydobyć je na światło dzienne, przyjrzeć się im wspólnie i zastanowić się nad tym w jaki sposób wpływają one na rozdźwięk pomiędzy tym jak postrzegamy samych siebie a jak jesteśmy postrzegani przez otoczenie. Ma to szczególne znaczenie w sytuacjach, w których zdarza się, że czujemy się zaskoczeni w.w. odiobrem i reakcjami otoczenia na nas, częściej niż byśmy tego oczekiwali (lub potrafili wytłumaczyć), jeśli relatywnie często wywołujemy sytuacje trudne, rodzące konflikty, nieporozumienia i rozczarowania.
Wszelkie próby wypowiadania się ‘na głos’ w tej tematyce chyba warto poprzedzić choć niewielką próbą zaznaczenia własnej wiarygodności w temacie lub choćby wskazania na wnioski wyciągnięte po drodze, na podstawie ewolucji własnych poglądów i doświadczeń. Idąc tym torem, mimo, że od kilku lat zajmuję się szkoleniami w obszarze wystąpień publicznych (głównie indywidualnymi, sporadycznie grupowymi), ich efekty (lub wręcz skutki) do dziś nie przestają mnie zadziwiać.
Choć model firmy, którą prowadzę, z premedytacją zbudowany jest w taki sposób aby szeroko rozumiana różnorodność, przestrzeń kreatywna, w której nieustannie można się czegoś uczyć, obcowanie z bardzo różnymi ludźmi reprezentującymi ogromne bogactwo dziedzin i doświadczeń były niejako wpisane w jego DNA, niewiele rzeczy na płaszczyźnie zawodowej jest dla mnie taką przyjemnością jak ta chwila pod koniec wyczerpującego, całodniowego szkolenia, gdy jak na dłoni widać efekty 'przemiany' - drogę przebytą wspólnie w ciągu zaledwie jednego dnia szkolenia: od początkowego sceptycyzmu, tremy, samozaparcia, zamknięcia, braku świadomości i kontroli nad ogromną liczbą gestów, tików, odruchów, wypowiadanych słów i sugestywnych konstrukcji, pompatycznych ozdobników, dźwięków, onomatopei...aż po stan wewnętrznego spokoju, poczucia kontroli i - co najważniejsze - przekonania, że nie tylko ma się świadomość jakie powinny być kolejne kroki ale jest się je w stanie samemu zaplanować i zrealizować, w własnym tempie, na własnych zasadach, w poczuciu autentyzmu i zgodności z samym sobą.

Od ponad dekady zawodowo zajmuję się szeroko rozumianą komunikacją. Mam za sobą rozmaite funkcje i stanowiska (zarówno w otoczeniu dużych korporacji, uczelni jak i organizacji pozarządowych), w których komunikacja i powiązane z nią kompetencje miały absolutnie kluczowe znaczenie dla sukcesu poszczególnych inicjatyw i projektów.
Kilka lat temu pełniłem funkcję dyrektora biura komunikacji w globalnej korporacji, asystowałem trzem kolejnym prezesom zarządu reprezentującym trzy różne narodowości i kultury (w tym zarządzania), byłem rzecznikiem prasowym i redaktorem naczelnym gazety. W kolorowej palecie zawodowych eksperymentów odpowiadałem również za kierunek studiów, projektowałem i tworzyłem think-tank (od przysłowiowej deski kreślarskiej po w pełni funkcjonalny, dwujęzyczny portal), koordynowałem międzynarodowe konferencje, prowadziłem i moderowałem setki małych i dużych wydarzeń. Od blisko 2 lat prowadzę kameralną własną firmę, w której jakość, komunikacja i kreatywność to dla mnie trzy zdecydowanie najważniejsze filary i punkty odniesienia. Po drodze przeszedłem przez wiele różnego rodzaju szkoleń. Część z nich trwałą kilka godzin, inne kilkanaście miesięcy. Gdy myślę o nich z perspektywy czasu i doświadczenia, w kontekście tematu niniejszej publikacji nasuwają mi się dwa wnioski:
- Żadna kategoria szkoleń nie otworzyła mi oczu w takim stopniu jak właśnie szkolenia z wystąpień publicznych. Czasem wprost, częściej na zasadzie 'jak można by to było zrobić o wiele lepiej'. Przy czym, absolutnie nie mam tutaj na myśli całej populacji szkoleń, których trzonem jest układanie rąk w wyuczone kombinacje, nauka gestów, postaw i konkretnych zachowań sytuacyjnych. Wprost przeciwnie: w tych najbardziej wartościowych szkoleniach powinno chodzić przede wszystkim o zmysł obserwacyjny, który rodzi się w interdyscyplinarnym kontekście łączącym wiele dziedzin i doświadczeń, o skupienie na współgraniu rozmaitych szczegółów i nieustannym poddawaniu w wątpliwość z myślą o znajdywaniu coraz lepszych, skuteczniejszych i bardziej logicznych rozwiązań. Nade wszystko jednak o szacunek dla autentyzmu, oryginalności i piękna tkwiącego w prostocie i byciu sobą.
- Im uważniej przyglądałem się znaczeniu (jakości) komunikacji w najróżniejszych kontekstach życia zawodowego i prywatnego (zarówno mojego własnego jak i dużej liczby znanych mi ludzi) tym większej pokory i szacunku nabieram do tego jak nieskończenie fascynujące bywa to - jak powiedziałby humanista - nieuchwytne połączenie kontekstu, słowa i mowy ciała. Nie wierzysz? Obejrzyj ten film. Choć opowiada o globalnym kryzysie finansowym, jest jednocześnie fascynującą praktyczną wykładnią tego czym jest mowa ciała.
Paradoks jakich wiele
Być może najważniejszym argumentem przemawiającym za wartością tego typu szkoleń jest fakt, że gdzie się nie obejrzeć, widać na nie wręcz OGROMNE, PRZEPASTNE, NIEWYCZERPANE zapotrzebowanie. Może dlatego, że my Polacy (zwłaszcza pokolenie 30+) nigdy nie uczyliśmy się w sposób systemowy (= w szkole/na uczelni) czym jest naprawdę skuteczna komunikacja, ani tym bardziej jak wiele powiązanych ze sobą elementów się na nią składa. Ja sam wszedłem na ten tor dziełem przypadku. Po pierwsze przez teatr, do którego nawiązuję we wcześniejszym wpisie, po drugie za sprawą zainteresowań i hobby, które na wczesnym etapie pchały mnie w kierunku analizowania przemówień, wystąpień i debat, zwłaszcza tych wywodzących się ze świata anglosaskiego.
Dla zobrazowania skali i konsekwencji systemowego braku, o którym mowa powyższym, opierając się na jednej tylko dziedzinie (polityka), nie przychodzi mi do głowy ani jeden polityk, który nie skorzystałby w sposób wymierny poddając się tego typu szkoleniu. W każdym jednym znanym mi przypadku niezmiernie często odnoszę wrażenie jakbym miał do czynienia z ultra-oczywistymi objawami, których (zwłaszcza!) politycy - w skali całej 'grupy zawodowej' - zdają się w sobie w ogóle nie dostrzegać. Czasem chodzi o odruchy i akcenty mimiczne, które wskazują na daleko idącą niedojrzałość (i gorzej), innym razem o sam sposób wypowiadania się połączony z gestykulacją lub mimiką, która drażni, rodzi agresję, nieufność, poczucie sztuczności i zakłamania. Innymi słowy, naprawdę trudno się dziwić, że od zarania dziejów zawód polityka jest tak umiłowanym motywem literacko-filozoficznych odniesień – niejako synonimem niegodziwości i hipokryzji.
Gdy w powyższym kontekście (owej szczególnej ślepoty) myślę np. o porażce Platformy Obywatelskiej i sukcesie Prawa i Sprawiedliwości w minionych wyborach, naprawdę trudno o lepsze studium przypadku wokół znaczenia świadomości własnego wizerunku i ‘zarządzania’ nim w sposób absolutnie świadomy, oparty na twardych danych i fachowym doradztwie. W historii III RP na próżno szukać wyborów, które z aż taką wyrazistością pokazałyby różnicę pomiędzy świadomie kształtowanym wizerunkiem (patrz PiS) a niewiarygodną wręcz nieświadomością ewolucji wizerunku (patrz PO). Dość powiedzieć, tytułem uzupełnienia, że niewiele tzw. ‘partii wodzowskich’ na świecie – mając dobrze zdiagnozowany obraz znaczenia zachodzących procesów wizerunkowych i płynących z nich realnych szans i ryzyk – potrafi na tyle drastycznie ‘zarządzić swoim wizerunkiem’ by kierując się czysto taktycznymi przesłankami zdecydować się obsadzić dwa kluczowe stanowiska w państwie osobami, których poprzedzająca rozpoznawalność była co najwyżej znikoma w skali regionu, nie mówiąc o kraju. O zbudowaniu całego nowego frontu w mediach społecznościowych (partii kojarzonej wcześniej z - delikatnie mówiąc - zupełnie innymi grupami docelowymi) i wielopłaszczyznowym ‘odmłodzeniu’ elektoratu, metod i sposobów komunikowania się nie wspominając (patrz tablet i mównica sejmowa).
Cogito E(r)GO sum
Prowadząc wiele różnego rodzaju międzynarodowych konferencji, kongresów, branżowych sympozjów, zjazdów, koncertów i ceremonii, bardzo często zdarza mi się trwać w stanie głębokiego zdumienia wobec faktu, że ludzkie ego może mieć aż tak poważny wpływ na sposób komunikowania się z otoczeniem. To między innymi za jego sprawą niezmiernie często widuję jak prezesi firm, szefowie przeróżnego typu organizacji, a nawet rzecznicy prasowi i zawodowi moderatorzy debat zdają się zachowywać tak jakby nigdy nie widzieli i nie słyszeli samych siebie - jakby nigdy nikt nie stworzył im możliwości obejrzenia (np. w ekranie telewizora) tego co właśnie popełnili na scenie (nierzadko po raz setny, w właściwy sobie, bezkrytyczny sposób). Ponieważ naprawdę trudno uwierzyć w aż tak proste założenie, pozostaje tylko kilka możliwych wniosków:
- W osobach dotkniętych tego rodzaju przypadłością, 'coś' skutecznie blokuje odruchy konstruktywnej samokrytyki, chęć poprawy, świadomego rozwijania umiejętności lub podnoszenia sobie wyżej poprzeczki. Osoby skrępowane tego rodzaju 'narcystycznym upośledzeniem' zdają się tkwić zawieszone w stanie irracjonalnego samozadowolenia. Ślady tego zjawiska bardzo łątwo odczytać zarówno w mowie ciała jak i w sposobie formułowania i artykułowania myśli. Czy to jest ten moment, w którym uśmiechasz się do siebie myśląc co najmniej jednej takiej osobie w twoim bezpośrednim otoczeniu? Ja spotykam tego rodzaju symptomy niemal na każdej konferencji, którą prowadzę. Rodzaj syndromu porażenia własną branżą.
- Wariant nieco bardziej optymistyczny: osoby te są z natury zbyt samokrytyczne lub nieśmiałe, co samo w sobie blokuje proces twórczy.
- Trwają w przekonaniu, że - mimo najlepszych chęci - nie potrafią tego zrobić lepiej lub, że poziom [albo jakościowy przedział tzw. lepszych i gorszych dni], który osiągnęli na przestrzeni lat jest wystarczający.
Cena do wartości
Podobnie jak w branży eventowej, w której na przestrzeni ostatniej dekady pojawiło się w Polsce wiele nowych firm, również na rynku szkoleń z pewnością warto zachować daleko-idącą ostrożność. W samym tylko obszarze ‘wystąpień publicznych’ z łatwością można dziś znaleźć 1-dniowe szkolenia w przedziale kwotowym od 300 zł do nawet (i ponad) trzydziestokrotności tej kwoty. Dość powiedzieć, że widziałem (=brałem udział) przyzwoite szkolenia wyceniane na 1000 zł i relatywnie słabe szkolenia wyceniane na kilka do kilkunastu tysięcy złotych. Opisy szkoleń proponowane przez firmy jak i same podmioty zajmujące się tą tematyką bardzo często obiecują przysłowiowe gruszki na wierzbie. Zawsze jednak warto zdać się na zdrowy rozsądek i intuicję. Po chwili trzeźwego namysłu nad lekturą oferty, bardzo łatwo jest dojść do wniosku, że najzwyczajniej w świecie fizycznie niemożliwe jest zrealizowanie modułu szkoleniowego o tak szerokim zakresie w ciągu 6-8 godzin pracy.
Rynek szkoleń w obszarze występień publicznych i komunikacji niewerbalnej (często błędnie utożsamiany z wąską specyfiką tzw. szkoleń medialnych) obejmuje wiele szczegółowych zagadnień i komponentów, o których znacznie więcej informacji z pewnością pojawi się w kolejnych wpisach na blogu LCMedia.pl. Typowe szkolenia medialne natomiast często realizowane są przez dziennikarzy na co dzień pracujących w wiodących redakcjach telewizyjnych. Sprowadzają się one zwykle do serii krótkich symulacji opartych o różnego rodzaju scenariusze, które mogą mieć miejsce w zderzeniu z (bardziej lub mniej napastliwymi) dziennikarzami. Szkolenia te są zwykle przeznaczone dla firm, członków zarządów, rzeczników prasowych i osób, których stanowisko związane jest z częstym kontaktem z mediami.
Trendy i trendsetterzy
Od co najmniej kilku lat, wraz z nastaniem ery inicjatyw wzorowanych na projektach typu www.ted.com i rynkową tendencją w stronę podnoszenia poprzeczki jakościowej wydarzeń na niesłychanie gęstym i coraz bardziej konkurencyjnym rynku, organizatorzy licznych międzynarodowych konferencji, kongresów i wydarzeń zrozumieli, że nie warto dziś oszczędzać na tzw. ‘coachingu speakerów’. W praktyce oznacza to, że prelegenci zapraszani przez organizatorów do udziału w konferencjach są poddawani krótkiemu szkoleniu mającemu na celu podniesienie jakości i spójności wydarzenia. Firmy eventowe powoli zdają sobie sprawę, że era imponowania technologicznymi fajerwerkami i kreatywnością na poziomie formy wydarzenia powoli dobiega końca. Dzisiejszy odbiorca, 'rozpieszczony' swobodą i elastycznością, którą daje mu internet (patrz nieskrępowany dostęp do najlepszych światowych 'speakerów', nieodpłatnych wykładów i kursów na najlepszych uczelniach na świecie a nawet genialnych kościołów, które zrozumiały potencjał technologii w krzewieniu wiary), wymaga więcej przede wszystkim na poziomie treści, dyscypliny słowa, emocji, intelektu i zdolności analizy danych.
Uczestniczyłem w co najmniej kilkunastu konferencjach, w których prelegenci poddawani byli tego rodzaju szkoleniom. Często nie potrafiłem oprzeć się wrażeniu, że aż strach pomyśleć jaki był punkt wyjścia, skoro po szkoleniu osoby te, mówiąc tak długo, były w stanie zawrzeć tak niewiele treści w swoich wystąpieniach, ujawniając po drodze całe mnóstwo różnego rodzaju małych i dużych problemamów na tle drzemiącego w nich (niewykorzystanego) potencjału.
Jeśli mi nie wierzysz, zadaj sobie proste pytanie: kiedy ostatnio byłeś świadkiem wystąpienia (na konferencji lub w dowolnym innym kontekście), które:
- bardzo pozytywnie cię zaskoczyło (lub dało do myślenia)?
- zaimponowało ci na poziomie konstrukcji i formy
- miało w sobie choć jeden, kreatywnie ciekawy pomysł
Jeśli nie przypominasz sobie ani jednego tego rodzaju wystąpienia w mijającym właśnie roku, zadaj sobie pytanie jak bardzo wymagającym jesteś odbiorcą i czy przypadkiem codzienne obcowanie z tak zwaną kulturą masową i powszechnie przyjętymi 'standardami' komunikacji (zarówno w dyskursie politycznym jak i na konferencjach branżowych) nie stępiło nieco twojej potrzeby stawiania sobie i innym znacznie wyżej poprzeczki, lub wręcz żądania minimum uczciwości i dyscypliny w komunikacji. Jeśli nadal wątpisz w znaczenie tych prostych zależności, przypomnij sobie swoje lata szkolne i uczelniane, zastanów się przez chwilę nad tym kto (i dlaczego) kiedykolwiek cię naprawdę zainspirował, a kto zniechęcił do podjęcia takiej a nie innej drogi zawodowej...
Ciąg dalszy nastąpi.














