Wiosna, Wiosna, #WIOSNA, ach, to Ty?

Zestawiając oczekiwania ze stanem faktycznym, dzisiejszą konwencję nowo tworzącej się formacji Roberta Biedronia mimo wszystko zaliczyłbym do udanych. Patrząc na całokształt, w skali 0-10 przyznałbym 5 punktów. Dlaczego zatem „mimo wszystko” i co taki a nie inny przebieg "nowego" na polskiej arenie politycznej spektaklu (starego typu) wnosi do od lat dwubiegunowej dyskusji?
Foto:
Przeczytanie artykułu zajmie Ci 6 minut

Na początek, przyjrzyjmy się z grubsza (by nie powiedzieć „z najgrubsza”) strukturze wystąpienia. W największym skrócie (zapomnijmy na chwilę o oprawie): gdyby ktoś dał mi na papierze sam tylko tekst dzisiejszej prezentacji na Torwarze (słowo w słowo), w pierwszej kolejności z pewnością całkowicie zmieniłbym strukturę wystąpienia, zupełnie inaczej rozłożył główne akcenty i punkty nacisku, wreszcie zmniejszył ilość komunałów i dość tanich już dziś zabiegów „personalizacyjnych” (patrz, paragon), a poprawił jakość syntezy argumentacji dot. najważniejszych postulatów.

Innymi słowy, mając do dyspozycji te same słowa i tę samą ilość czasu, wystarczyłoby „kilkadziesiąt przetasowań”, skrócenie całości, dodanie konkretnych argumentów i danych liczbowych, by zarówno emocjonalny jak i merytoryczny wydźwięk całości znalazł się na zupełnie innej orbicie jakościowej. Z pewnością nie zaszkodziłoby również choćby symboliczne osadzenie najistotniejszych postulatów programowych w niezbędnym minimum kontekstu, który pozwoliłby jednak oddać minimum szacunku „myślącym i argumentującym inaczej”.

Uważaj na niego, dziewczyny kolego…

Tymczasem całościowa narracja, której byliśmy świadkami, już na starcie wymagała sporo cierpliwości od odbiorcy (= grzech ciężki, o ironio). Nim pozytywnie zaskoczyła w jakimkolwiek aspekcie, na poziomie „pierwszego wrażenia” była - zbyt długo i na zbyt wielu poziomach przede wszystkim jednak - zaproszeniem do cynizmu, ba, momentami sarkazmu, na dodatek w odniesieniu do polityka, który (choć w nieporównywalnym do polityków PO stopniu) ma już z czym walczyć w kategoriach „osobistego balastu wizerunkowego”.

Kopiowanie przetestowanej już wielokrotnie w warunkach polskich (bardziej lub mniej nieudolnie) tzw. „amerykańskiej konwencji” inicjowania i prowadzenia kampanii to jedno, ale zniweczenie narracyjnego potencjału opowieści, którą mamy do opowiedzenia, to coś zupełnie innego. Krótko mówiąc, struktura dzisiejszego wystąpienia Roberta Biedronia była zwyczajnie (pod pewnymi względami ‘bardzo’) słaba. Całość wpadała też w inne pułapki retoryczne, których efektem mogło być wielokrotne wrażenie „sztuczności” samej konwencji jak i przeładowanie argumentami, które na obecnym etapie budowania dorobku wizerunkowego przez tego konkretnego polityka, pozostają jednak życzeniowymi komunałami.

Having said that…

Gdy wreszcie nasz dzisiejszy bohater przeszedł do programowych „konkretów”, na których zaistnienie niecierpliwy widz dawno mógł porzucić wszelką nadzieję, jednym z postulatów, które ugrupowanie Biedronia uznało za ważne, było swoiste „sprzężenie zwrotne” w podejściu do dwóch przedmiotów nauczanych w szkołach: z jednej strony (wycofania) religii, z drugiej proporcjonalnie większego nacisku na naukę języka angielskiego, co z pewnością nikogo szczególnie nie zaskoczyło.

Ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas 

Trzeba przyznać, że zorganizowanie w Polsce konwencji o tego rodzaju dominancie światopoglądowej akurat w niedzielę, musi być odbierane jako dość świadomie naszpikowane ironią. Z drugiej jednak strony, trudno nie przyznać Biedroniowi racji, że Kościół Katolicki, jako instytucja, wykonał w ostatnich latach nie lada wysiłek, by zasłużyć sobie na sporą dawkę ironii i krytycznych odruchów ze strony nawet najbardziej oddanych (jednak wciąż jeszcze dopuszczających racjonalne rozumowanie) praktykujących.

Z definicji, niedziela nie jest „najwdzięczniejszym” dniem na organizację partyjnej konwencji, nawet w przypadku ugrupowań, które w bardziej lub mniej zawoalowany (czytaj "pragmatyczny") sposób katolicyzm noszą na partyjnych sztandarach - nawet w kraju, który systemową hipokryzję wznosi na coraz to wyższe niestety poziomy. Mimo to, na konwencji nowo (u)tworzonej partii o radosnej nazwie „Wiosna”, zjawiło się dzisiaj całkiem sporo jej wciąż jeszcze dość nieśmiałych zwolenników. Padło też wiele argumentów, które dość odważnie uderzały w długą listę czułych punktów i bolączek polskiego społeczeństwa, począwszy od relacji państwo/kościół, skończywszy na licznych grzechach i grzeszkach politycznego pragmatyzmu minionych ekip.

W kluczowej w dzisiejszej konwencji relacji państwo/kościół nie chodziło oczywiście wyłącznie o lekcje religii w szkołach, ani nawet o in vitro, prawo do przerywania ciąży, czy związki partnerskie, ale o znacznie głębsze, ‘systemowe’ zarzuty wobec Kościoła, np. stan posiadania na tle deklarowanej i nauczanej ideologii skromności i ascetyzmu (kwestionowanie istotnych sprzeczności w tym zakresie w polskich warunkach, zarówno historycznie jak i współcześnie, byłoby jednak wskazaniem na ograniczoną zdolność rozumowania, w najlepszym przypadku, postępującą chorobę psychiczną, w najgorszym).

Nie o programie dziś jednak…

Wróćmy jednak na chwilę do relacji FORMA/TREŚĆ w wystąpieniu Roberta Biedronia, ograniczając się do tego tylko kontekstu, który pozwala ocenić zagospodarowany (lub nie) potencjał dla wyłaniającego się na arcy-tetrycznej jednak polskiej arenie politycznej lidera. Pamiętajmy przy tym, że mówimy o rzeczywistości przepełnionej politykami o stażu najchętniej liczonym w dekadach. Gdyby zebrać 10 najstarszych, aktywnych polityków w polskim parlamencie, naliczylibyśmy się łącznie blisko pół milenium "służby państwowej", w latach i roboczogodzinach, opłaconych z pieniędzy podatnika. A efekty, na rok 2019? W najlepszym wypadku „przesilenie wiosenne”, czyli państwo z chorobą dwubiegunową, z megalomańskimi kompleksami i zapędami, patologicznie narastającymi skłonnościami i rozmiłowaniem do systemowej propagandy i brakiem posadowionej na zdrowych podstawach wizji i narracji rozwojowej, którą społeczeństwo mogłoby odebrać jako koncyliacyjną, dojrzałą i faktycznie stojącą ponad podziałami.

Robert Biedroń ma bardzo mało czasu...

Na co? Na to by jednak zrozumieć na wystarczająco głębokim poziomie, że w tym wyjątkowym momencie dziejowym, okresie faktycznego przesilenia chamskim, cyniczno-pragmatycznym dzieleniem Polski i Polaków na pół, potencjał zastany jest znacznie większy niż może się na pozór wydawać sądząc po tzw. linii programowej. Robert Biedroń ma szansę dotrzeć do emocji ludzi, którzy nie są z nim w 100% zbieżni, a nawet w 40%. Umówmy się, jak wielu Polaków głosuje w Polsce inaczej niż "na mniejsze zło"? Na dziś, wystarczy więc, że Robert Biedroń zacznie od tego, co każdy dobry mówca (o liderze nie wspominając) powinien instynktownie traktować w kategoriach abecadła: głębokiego zrozumienia kontekstu argumentów ideologicznych „przeciwników” i możliwie najbardziej błyskotliwego, dojrzałego i pełnego poszanowania innego sposobu myślenia odniesienie się do nich. O ironio, z pewnością nie zaszkodziłoby też solidne szkolenie z wystąpień publicznych, najlepiej dwa lub trzy skrajnie różne, nieoczywiste formaty – nie po to by narzucić kolejny gorset potencjalnie sztucznych zachowań, ale by wyostrzyć percepcję na potencjały, które na dzień dzisiejszy – sądząc po wystąpieniu Roberta Biedronia – wciąż pozostają, tylko i aż, potencjałami.

Słodki czy słodko-gorzki?

Była dobra energia, uśmiech, młodość, nowoczesny przekaz (zwłaszcza na tle stetryczałej i wielokrotnie zdewaluowanej konkurencji), entuzjazm, pasja i wola działania. Były też „grupy fokusowe”, w całej Polsce, na sensowną skalę. Była wreszcie rzadka w polskiej polityce odwaga.

Reasumując, do części „wkurzonych” i „zmęczonych” Robert Biedroń już dotarł. Pytanie czy będzie potrafił zbudować minimum wiarygodności w oczach tych, których pierwszym odruchem byłby cynizm i sarkazm. Jeśli dodać do tego fakt, że partyjna telewizja „informacyjna” (mająca w nazwie słowo imitujące „informację”) oczywiście pominęła w czasie rzeczywistym dzisiejszy spektakl, wybierając zań pozycję o tematyce religijnej (jak na niedzielę w telewizji informacyjnej przystało), nie będzie mu łatwo przebić się przez ścianę podsycanego dezinformacją oporu. Dlatego właśnie absolutnie kluczowym jest, aby dyscyplina, jakość języka i argumentacji Biedronia stały na o wiele wyższym poziomie. Patrząc wyłącznie z poziomu pierwszego wrażenia, na tym polu dzisiejszą okazję jednak zmarnował.


Autor:

« wstecz | w górę